„Melodies Of Atonement”

Leprous

30 sierpnia jeden z moich ulubionych zespołów wydał album „Melodies Of Atonement”. Powiem szczerze, że po wysłuchaniu trzech singli, którymi Leprous promował płytę, poważnie zastanawiałam się, czy chcę ją kupić. Jednak kupiłam, w końcu ulubiony zespół, cóż.

Mało tego zdecydowałam się na wydanie na czerwonej płycie winylowej. Bardzo się z tego cieszę, bo uważam, że taka opcja ma sens, jeśli chodzi o odsłuch. Ułożenie utworów na poszczególnych stronach, moim zdaniem, nie jest przypadkowe. O tym jednak za chwilkę. Na początek kilka słów o części fizycznej, czyli tej, co dostajesz w prezencie od Norwegów do rączki.

Okładka dla ludzi

spostrzegawczych

Gdy zobaczyłam okładkę, to od razu zaczęłam się zastanawiać, czy zespół już na samym początku wymaga od nas wysiłku umysłowego, abyśmy w pełnym skupieniu przesłuchali, wcale nie taką prostą płytę.

W czym rzecz? Patrzysz na okładkę i to wcale nie jest oczywiste, jaką płytę masz w ręce. Niby wszystko na niej jest, ale na pierwszy rzut oka zastanawiasz się, o co chodzi. To samo z naklejkami na płytach. Dzięki chłopaki.

Po otwarciu płyty dostajemy wnętrze z fotografiami planktonu (autor John Dolan). Oprócz tego wnętrze zawiera jedną kartkę z jeszcze większą ilością tych organizmów. Za całą kompozycję odpowiada Ritxi Ostráriz, więc wiecie, gdzie należy składać reklamacje.

Młoda kobieta trzyma w ręce płytę zespołu Leprous Melodies Of Atonement. Nie widać jej twarzy. Zasłania ją płyta winylowa. Okładka płyty przedstawia zdjęcie planktonu w kształcie dzwonka na czarnym tle.
Leprous „Melodies Of Atonement”
okładka płyty
John Dolan – artwork
Ritxi Ostáriz – layout, design

Osobiście nie cierpię tego typu wydań. Już mi się ta kartka zagięła. Kocham tradycyjne książeczki. Niby rozumiem, że koszty, że ekologia, mniej wyciętych drzew i tak dalej, ale z drugiej strony…

Co roku Norwegia z okazji Świąt Bożego Narodzenia przekazuje Wielkiej Brytanii, specjalnie wyselekcjonowaną choinkę. Ta staje na Trafalgar Square w Londynie, aby cieszyć oko mieszkańców i turystów w okresie świątecznym.

Muzyczna strona

„Melodies of Atonement”

Wróćmy jednak do części najważniejszej, czyli muzyki. W wydaniu winylowym „Melodies of Atonement” nagrano na dwóch płytach. Strona A i B to moim zdaniem ta bardziej psychodeliczna część płyty. Strona C i D jest za to bardziej przebojowa. Jeśli możemy w ogóle mówić o przebojowości w utworach Leprous.

Połączenia między utworami

Odnoszę wrażenie, że kompozycje na płycie ułożone są parami. Przy czym w bardzo przemyślany sposób. Leprous sprytnie przerzuca nas między różnymi emocjami, które zawsze łączą się w jedną całość.

Album otwiera utwór „Silently Walking Alone”, który jest jednym z trzech singli promujących. Na początku można usłyszeć partię psychodelicznych instrumentów klawiszowych. Właściwie w takim duchu przebiega nam pierwsza część płyty. Ten i drugi utwór „Atonement” to kompozycje dość do siebie podobne i w dużym stopniu przypominające dotychczasową twórczość Leprous. Mamy tutaj szczyptę psychodelii, odrobinę wzniosłości i dużą dawkę popisów wokalnych. Od razu możemy też zwrócić uwagę, że zespół zrezygnował z partii orkiestrowych, które dominowały na kilku ostatnich płytach.

W trzecim utworze „My Specter” przez chwilę może nam się wydawać, że czeka nas odrobina wytchnienia. Nic bardziej mylnego. To jest jeden z tych charakterystycznych utworów Norwegów, który kończy się wybuchowo. W podobnym duchu nagrano kolejny utwór – „I Hear Sirens”. Pamiętacie, jak pisałam o utworach ułożonych w pary?

Kolejny utwór „Like a Sunken Ship” to najbardziej psychodeliczna kompozycja z „Melodies of Atonement”. W mojej opinii ma wszystkie elementy swoich poprzedników. Jest budowanie napięcia, którego brakuje w dwóch pierwszych piosenkach, ale w momencie kulminacyjnym widać z nimi spójność.

W tym miejscu kończy się pierwsza, bardziej psychodeliczna część płyty, pełna nieoczywistych przejść i połączeń. Utwór „Limbo” to jedna z moich ulubionych kompozycji. Jest to bardzo rytmiczna, wpadająca w ucho piosenka. Stylistycznie najbardziej przypomina mi nagrania z poprzednich wydawnictw Leprous. 

Bardziej przebojowa strona „Melodies of Atonement”

Strona C i D zdecydowanie bardziej do mnie przemawia. Powiedziałabym wręcz, że jest znakomita. Mamy tutaj kompozycje bardziej zróżnicowane, w których słychać znane nam z poprzednich płyt motywy muzyczne, ale w nowej świeższej odsłonie. Stronę C rozpoczyna znakomity utwór „Faceless”. Wprowadza on nas w bardziej delikatną i wrażliwą stylistykę.

To, co bardzo lubię w poprzednich płytach Leprous, to chórki. Jest to element, który kojarzy mi się z zespołem i uwielbiam, szczególnie na koncertach. Na „Melodies of Atonement” w dużej mierze zrezygnowano z tej zabawy w wiele głosów. Wyjątkiem jest „Faceless”. W kompozycji wykorzystano nagrania wykonane przez 170 różnych fanów zespołu w marcu 2024 i złożonych w jeden chór. Znakomity pomysł, aby zastąpić kolegów z zespołu obcymi, choć oddanymi ludźmi.

Kolejna piosenka „Starlight” to powiedziałabym taki klasyczny utwór Leprous, który znamy z poprzednich płyt. Zespół uzupełnił to nagranie w to, co ja prywatnie, bardzo lubię. U Norwegów niestety jest ich jak na lekarstwo. Solówki gitarowe. W „Starlight” nie są to co prawda tak długie przerywniki, jak u Davida Gilmoura, ale lepszy rydz niż nic. Mnie się bardzo podoba.

Miłe zaskoczenie na zakończenie

Dość szybko przewracamy płytę na drugą stronę, a tam czeka na nas kolejny utwór, który uwielbiam. „Self-satisfied Lullaby” brzmi jak kołysanka tylko z początku. Utwór zmienia tępo od sennego do niemal tanecznego. Całość kończy się bardzo przyjemną niespodzianką. Nie chcę wam psuć zabawy. Proszę posłuchać.

„Melodies of Atonement” kończy „Unfree My Soul”, który jest typowym utworem na zakończenie. Trochę pompatyczny z wyrazistym wokalem oraz znanym dla zespołu budowaniem napięcia podczas utworu. Fajna piosenka na odetchnięcie po tej serii emocji.

Emocjonalne

„Melodies of Atonement”

Zdecydowanie słychać, że zespół cały czas poszukuje czegoś nowego w swojej twórczości, starając się zachować swoje charakterystyczne brzmienie. Leprous serwuje nam sinusoidę emocji od delikatności po wściekłość. Na „Melodies of Atonement” usłyszymy więcej solówek gitarowych niż na poprzednikach, co bardzo mnie cieszy, chociaż chciałbym jeszcze więcej. Brakowało mi też więcej charakterystycznych chórków, co zespół teoretycznie zrekompensował w dużej mierze chórem fanów. Przeżyję.

Całość albumu odbieram bardzo dobrze. Przez jakiś czas zagości w moich kolumnach i słuchawkach, ponieważ z każdym kolejnym odsłuchem znajduję coś nowego. Nie będę kłamać, że początek był prosty. Potrzebowałam co najmniej kilku podejść, żeby przebrnąć przez pierwszy utwór, a co dopiero całą płytę. Po czasie jednak nawet „Silently Walkin Alone” wpada w ucho i miło rozpocząć dzień od tych psychodelicznych partii klawiszowych.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *