Szczerze pisząc, gdy wpadłam na pomysł, aby przed wyjazdem na koncert Bruce’a Springsteena stworzyć serię artykułów o tym wielkim artyście, nie spodziewałam się, że wpadnę do wehikułu czasu, który zaprowadzi mnie w takie zakamarki popkultury. Przeczytałam ogromne ilości artykułów i wywiadów. Spędziłam godziny na oglądaniu materiałów wideo na YouTubie i obejrzałam film.
Dziś przeniesiemy się do roku 1994, a dokładniej do Dorothy Chandler Pavilion w Los Angeles, na 66. ceremonię wręczenia Oscarów. Wszystko przez film „Filadelfia”.
Najciekawsze momenty
Ceremonię wręczenia Oscarów poprowadziła Whoopi Goldberg. Była pierwszą kobietą, która zrobiła to samodzielnie.
Rok 1993 był bardzo obfity w znakomite produkcje filmowe. Akademia miała z czego wybierać. Doceniono filmy poruszające ważne problemy społeczne („Filadelfia”), opowiadające wzruszające historie („Fortepian”) oraz czysto rozrywkowe, które na zawsze wpisały się do popkultury („Ścigany”, „Park Jurajski”).
Muszę też wspomnieć o największym przegranym tej ceremonii. Absolutnie nie rozumiem, dlaczego Leonardo DiCaprio nie otrzymał Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego za rolę w „Co gryzie Gilberta Grape’a”. Przepiękny film i znakomita rola. 19-letni wtedy Leonardo przegrał z Tommy Lee Jonesem za rolę w „Ściganym”.
Młodziutki DiCaprio wcale nie był na ceremonii najmłodszą osobą. 12-letni Elijah Wood wręczał Oscara za najlepsze efekty specjalne dla „Parku Jurajskiego”. To aż nieprzyzwoite, żeby w tak młodym wieku być już taką gwiazdą.
To nie koniec młodzieży podbijającej świat. Anna Paquin otrzymała wtedy statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową. Miała 10 lat i jest drugą najmłodszą posiadaczką Oscara. Zwycięstwo za znakomity występ w „Fortepianie” doprowadziło ją chyba niemal do zawału. Zamiast od razu podziękować za nagrodę, wpatrywała się tylko w publiczność z szerokim uśmiechem na twarzy, rozpaczliwie łapiąc powietrze.
Wielki sukces Stevena Spielberga i… Polaków
Największym zwycięzcą tego wieczoru był oczywiście Steven Spielberg i jego „Lista Schindlera”. Film zdobył aż 7 statuetek, a nominowany był w 12 kategoriach. Do tego sukcesu przyłączyli się również Polacy. Nagrodę za scenografię odebrali Allan Starski i Ewa Braun, a za zdjęcia Janusz Kamiński.
Ciekawostka: mało brakowało, a Starski nie dojechałby na ceremonię, ponieważ kierowca limuzyny, którą po niego wysłano, nie znał drogi. Zamiast skorzystać z mapy, ruszył za inną oscarową limuzyną. Problem polegał na tym, że nie jechała ona na ceremonię, tylko do domu jednego z artystów, który zapomniał zaproszenia na uroczystość. Na szczęście finalnie oba auta dojechały na miejsce – z dużym opóźnieniem.
Współczucie i tolerancja
W 1981 roku amerykańskie Centrum Kontroli Chorób (CDC) opublikowało informacje na temat pierwszych przypadków zachorowań na AIDS. W 1991 roku Freddie Mercury zmarł na zapalenie płuc wywołane tą chorobą. 14 grudnia 1993 roku światową premierę miał film „Filadelfia” w reżyserii Jonathana Demme’a.
Jeśli miałabym wymienić sukcesy XXI wieku, to postawiłabym na rozwój medycyny. Dzięki nowoczesnym metodom leczenia i większej świadomości na temat profilaktyki, o HIV i AIDS mówi się dziś znacznie rzadziej niż w latach 90. Ciekawe, czy to dlatego, że się z tym tematem oswoiliśmy, czy dlatego, że jest mniej widoczny na ulicach świata. Jeśli zakażemy edukacji seksualnej w szkołach, przekonamy się, czy mamy rok 1981, czy 2025.
„Filadelfia” to ponadczasowa historia o odwadze, prawie i człowieczeństwie. Andrew Beckett (Tom Hanks) to utalentowany prawnik z jednej z najlepszych kancelarii w Filadelfii. Po tym, jak jego przełożeni dowiadują się, że jest gejem i choruje na AIDS, zostaje zwolniony z pracy. Zdesperowany Andy postanawia walczyć o sprawiedliwość w sądzie. Początkowo nikt nie chce podjąć się jego obrony. Ostatecznie sprawę bierze adwokat Joe Miller (Denzel Washington), który sam zmaga się z własnymi uprzedzeniami wobec środowiska LGBTQ+.
W jednej scenie padają słowa, które wbijają w fotel i pokazują, jakim społeczeństwem byliśmy wczoraj i, niestety, jesteśmy dzisiaj. Rzygam na te cioty, ale tu złamano prawo – tak Miller zwraca się do swojej żony w chwili szczerości.
Przez cały seans obserwujemy ogromną przemianę bohatera, w którego wciela się Denzel Washington. Po dramatycznej rozprawie sądowej Miller odwiedza umierającego Becketta w szpitalu. To wzruszające spotkanie dwóch mężczyzn, których połączyła walka z uprzedzeniami i obrona ludzkiej godności, powinno być dla nas lekcją współczucia i tolerancji.
Film był nominowany do Oscarów w czterech kategoriach (w jednej podwójnie):
- Najlepszy aktor pierwszoplanowy – Tom Hanks
- Najlepszy scenariusz oryginalny – Ron Nyswaner
- Najlepsza charakteryzacja – Carl Fullerton, Alan D’Angerio
- Najlepsza piosenka – „Philadelphia”, wyk. Neil Young
- Najlepsza piosenka – „Streets of Philadelphia”, wyk. Bruce Springsteen
Ostatecznie ze złotą figurką w rękach do domu wrócili Tom Hanks i Bruce Springsteen.
Ścieżka dźwiękowa
Za ścieżkę dźwiękową do filmu odpowiada Howard Shore. W filmie wykorzystano utwory wielu znakomitych artystów. Oczywiście najbardziej wyróżniają się kompozycje Bruce’a Springsteena i Neila Younga, które nominowano do Oscarów.
Warto jednak wspomnieć, że na ścieżce znajduje się też utwór „Lovetown” Petera Gabriela oraz covery piosenek „Please Send Me Someone to Love” w wykonaniu Sade i „Have You Ever Seen the Rain?” w wersji Spin Doctors. Jest też scena, w której główni bohaterowie słuchają Marii Callas.
„Streets of Philadelphia”
Pierwotnie Jonathan Demme chciał, aby na początku filmu wybrzmiał rockowy przebój. W tym celu skontaktował się z Neilem Youngiem. Po obejrzeniu fragmentu „Filadelfii” Young zainspirował się do napisania wolnej i spokojnej ballady. Reżyser uznał, że piosenka Younga będzie bardziej pasowała na zakończenie filmu. Z prośbą o kolejną kompozycję zwrócił się do Bruce’a Springsteena.
Podobnie jak w przypadku Neila Younga, Bruce Springsteen, widząc pierwsze kadry z filmu, zdecydował się stworzyć coś spokojniejszego. Jego pierwszą propozycją był utwór „Tunnel of Love”, jednak został odrzucony przez Demme’a.
Pod koniec sierpnia 1993 roku, po zakończeniu światowej trasy koncertowej, w swoim domowym studiu nagraniowym Springsteen nagrał samodzielnie wszystkie elementy „Streets of Philadelphia”. Mimo że wiedział, iż utwór nie jest tym, czego oczekiwał Demme, wysłał mu demo. Reżyser i jego żona byli tak poruszeni nagraniem, że postanowili je wykorzystać w filmie.
W późniejszym czasie nagrano drugą wersję piosenki z Ornette’em Colemanem na saksofonie i wokalem „Little” Jimmy’ego Scotta. Uwzględniono ją w ścieżce dźwiękowej i nagrano teledysk. W ostatniej chwili Springsteen zdecydował się jednak wrócić do pierwotnej wersji utworu.
Sprawa zakończyła się Oscarem dla najlepszej piosenki.
