„Nightfall in Middle-Earth”

Blind Guardian

Gdy przyszło mi wybrać drugą pozycję do Alfabetu muzycznego, nie miałam zbyt dużego wyboru. Przy literze „B” przytrafiły się tylko dwa zespoły z młodzieńczych lat. Ostatecznie wygrał ten, którego płyt więcej znalazło się na mojej półce. Nie spodziewałam się, że odpalenie płyty Blind Guardian „Nightfall in Middle-Earth” przywoła taką lawinę wspomnień. Z niewiadomych przyczyn wydawało mi się, że to wydawnictwo podle się zestarzało. Okazało się, że nie! To była bardzo przyjemna podróż.

Przed wyruszeniem w drogę,

należy zebrać drużynę

Początek lat 2000. W jednej ze szkół na Poznańskich Ratajach co piątek grupa młodzieńców spotykała się, aby zaliczyć kolejną kampanię. Cóż może chcieć nastolatka, która odkleiła się od reszty rówieśników już kilka lat wcześniej? Stać się częścią drużyny.

W ten uroczy sposób całe gimnazjum spędziłam, grając z kolegami w „Dungeons & Dragons” i innego „Warhammera”. Tak też wsiąknęłam w świat gier komputerowych, komiksów i muzyki power metalowej. Nie wyobrażam sobie lepszej ścieżki dźwiękowej do przygód kapłanki Nadziei niż muzyka Blind Guardian.

Z całej dyskografii niemieckiego zespołu wybrałam klasyka, czyli „Nightfall in Middle-Earth”.

okładka płyty Blind Guardian - Nightfall in Middle-Earth
Blind Guardian – „Nightfall in Middle-Earth”
okładka płyty
autor: Andreas Marschall

Czadowy festiwal

Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio słuchałam „Nightfall in Middle-Earth” lub w ogóle Blind Guardian. Wykalkulowałam, że będzie to z 9 lat temu.

2017 rok nie należał dla mnie do udanych. Z powodu choroby ominęło mnie dużo atrakcji tamtego lata, W tym festiwal Woodstock (jeszcze wtedy w Kostrzynie nad Odrą i nie, nie pamiętam, co tam grało), który był stałym punktem programu, odkąd ukończyłam pełnoletność.

Zamiast tego zabuliłam jakieś 4 stówki i pojechałam z jednym z tych kolegów, o których pisałam wyżej do Straszęcina na Czad Festiwal.

Przygoda zaczęła się, zanim jeszcze wyjechaliśmy, bo pierwszy pożyczony samochód nie odpalił i trzeba było podzwonić po znajomych, aby znaleźć inny. Ostatecznie dojechaliśmy, a Straszęcin okazał się wcale nie taki straszny.

Spaliśmy w pensjonacie z balkonem wychodzącym na teren festiwalu z dwoma obcymi dziewczynami. W pokoju obok starsi panowie (wtedy wydawało mi się, że są starzy, a tak naprawdę to byli nie wiele starsi niż jestem teraz, a czuję się bardzo młodo), którzy częstowali nas trunkiem niskiej jakości. Fantastyczna ekipa do zabawy.

Na tym czadowym festiwalu, to był jakiś szalony line-up. Śmietanka towarzyska moich ulubieńców z czasów gimnazjum. The Ofspring (chyba wypadli najgorzej z tego całego towarzystwa), Alestorm, Edguy, Epica, Sonata Arctica, no i oczywiście Blind Guardian. Poza tym zbiorowe karaoke z Lady Pank akustycznie i trochę wykonawców pop, techno i co tam wam jeszcze do głowy przyjdzie.

Szkoda tego festiwalu bardzo. Nie pamiętam, która to była edycja, ale rok później umarł. Było przednio. Do końca życia nie zapomnę, jak fikaliśmy na koncercie Agnieszki Chylińskiej na małej scenie, która spowodowała, że pod dużą nie było nikogo, gdy swój występ rozpoczął Steve Aoki.

Wracając do Blind Guardian to było moje pierwsze i ostatnie spotkanie z tym zespołem, a teraz sobie myślę, że w sumie szkoda. Jakby dzisiaj zagrali gdzieś w pobliżu, to bym poszła. I byłoby śpiewane.

Zostań bohaterem

w swoim domu

Ja się nie będę tutaj rozpisywać na temat walorów muzycznych „Nightfall in Middle-Earth” i w ogóle stylistyki Blind Guardian, bo nie ma specjalnie o czym. Muzyka jest prosta jak drut, ale nie prostacka. Kompozycje są pełne patosu, szybkich gitar i chóralnych przyśpiewów. Dzięki nim każdy odważny młodzieniec może poczuć, że z chuchra nagle zmienia się w bohatera, a każda młoda dziewoja może chwycić za miecz. Właściwie po co się ograniczać. Topór też będzie świetnym wyborem.

„Nightfall in Middle-Earth” to skarbnica największych przebojów Blind Guardian inspirowanych „Silmarillion” J.R.R. Tolkiena. Początek płyty to intro w postaci „War of Wrath”, które po chwili wrzuci Cię w wir przygody w „Into the Storm”. I tak właściwie do końca albumu.

Na całej płycie znajdują się krótkie wstawki narracyjne między utworami. Bardzo je lubię. Dzięki nim ta płyta nie jest tylko zbiorem piosenek, ale kompletną historią. Mam wrażenie, że siedzę przy ognisku, a stary bard właśnie otwiera grubą księgę zapomnianych legend. Tylko że to nie stary bard, tylko power metalowa kapela. Trudno, przeżyję.

„Mirror Mirror”

Jeśli miałabym wskazać utwór, które definiuje ten zespół, to pewnie byłoby to „Nightfall”. Jest w nim coś tak niesamowicie podniosłego, że chce się ryczeć ten refren. Prawdziwa jazda zaczyna się jednak przy „Mirror Mirror”.

Tutaj radzę się na chwilę zatrzymać i włączyć ten teledysk nie pierwszej świeżości. To prawdopodobnie największy przebój w historii Blind Guardian. Tak naprawdę to ja nie wiem dlaczego. Może to przez ten początek, może wpadający w ucho refren. Jest tu też galopująca perkusja, genialne harmonie gitarowe i energia, która mogłaby zasilić małe miasteczko.

Mimo wszystko uważam, że zespół ma kilka lepszych utworów. Co nie znaczy, że go nie uwielbiam. Oczywiście, że jak sobie go puszczę, to nawet po ciężkim dniu mam ochotę biec pod górę i walczyć z przeznaczeniem.

„Time Stands Still

(At the Iron Hill)”

Choć „Mirror Mirror” to prawdopodobnie największy przebój Blind Guardian, moim prywatnym numerem jeden jest „Time Stands Still (At the Iron Hill)”. Dlaczego? Bo brzmi tak epicko, że niemal widzę siebie z tym toporem.

Ten refren zostanie mi w głowie jeszcze przez kolejne dziesięciolecia. Jestem pod wielkim wrażeniem, że nadal pamiętam go tak dobrze. Właśnie mi się przypomniało, jak miałam te kilkanaście lat. Siedzę w pokoju z różowymi ścianami i rzucam kostką k20, modląc się o krytyka. To były czasy.

Człowiek im starszy tym…?

Okazało się, że Blind Guardian wcale się nie zestarzał. Zestarzała się tylko moja niechęć do przyznawania się, że wciąż kocham takie bajkowe, podniosłe klimaty. Ale wiecie co? Nie ma w tym nic złego. Każdy z nas potrzebuje czasem odrobiny magii i muzyki, która sprawi, że poczujemy się niezwyciężeni.

„Nightfall in Middle-Earth” to znakomita pozycja, aby troszkę wyluzować i powspominać stare czasy.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *