W 2016 roku holenderski zespół Textures zrobił mi bardzo dobrze, wydając „Phenotype”. Jest to jedna z moich ulubionych płyt ostatnich 10 lat. Utwór „Timeless”, który zamyka ten krążek, ląduje w topce każdego mojego rocznego zestawienia na Spotify, a poprzedzające go intro „Zman” do dziś dzielnie służy mi jako budzik.
W planach była od razu druga część – „Genotype”. Miała wyjść rok później, ale… coś chłopakom nie pykło. Zamiast nowej płyty w 2017 roku dostaliśmy informację o zawieszeniu działalności. Ogarnęła mnie czarna rozpacz, bo pomyślałam, że już nigdy nie usłyszę tego materiału na żywo. Do dziś nie rozumiem, jak taki zespół, z taką pozycją na scenie progmetalowej, mógł po prostu powiedzieć „papa”.
Na szczęście muzycy z Textures najwyraźniej za sobą zatęsknili. W 2024 roku zapowiedzieli wielki powrót. Alleluja! 23 stycznia ukazało się upragnione „Genotype”, które Holendrzy nagrali od nowa. Ależ cieszy ta płyta!

okładka płyty
autorzy: Eric Kalsbeek, Remko Tielemans
„Void” – nowy początek
Takie otwarcie powinna mieć każda płyta. Instrumentalne intro pięknie wciąga od pierwszych sekund. Mamy tutaj wszystko, za co pokochałam Textures na wcześniejszych albumach: charakterystyczne gitary, genialne klawisze, no i ten niepowtarzalny klimat. Ciary przeszły mi po plecach i ucieszyłam się jak małe dziecko. Za tym tęskniłam. Tego potrzebowałam.
„Void” znakomicie też przenosi do drugiego utworu. A tutaj niespodzianka, którą znałam już wcześniej. „At The Edge Of Winter” to jeden z singli, który promował „Genotype”. Jednak z tym intrem zabrzmiało mi to jakoś inaczej. Pełniej może?
No a gdzie ta niespodzianka? Zespół po raz pierwszy zaprosił gościnnie wokalistkę. I to nie byle jaką, bo Charlotte Wessels to postać niezwykle wszechstronna i utalentowana. Fani symfonicznego rocka pewnie kojarzą ją z zespołem Delain, w którym udzielała się do 2021 roku. Obecnie próbuje swych sił solo. Ma na koncie 3 płyty i ewidentnie szuka własnej stylistyki. Dla mnie Charlotte Wessels jest obecnie jedyną nadzieją na to, że w muzyce około gotyckiej czy symfonicznej pojawi się coś interesującego.
Tym sposobem Textures zaserwował mi bardzo przyjemny, wpadający w ucho singielek. Który ma prawie 7 minut i kilka fajnych zwrotów akcji. Tutaj powinnam dać jakąś ironiczną emotkę.
Mniej screamów, więcej czystych wokali
„At The Edge Of Winter” jest też dowodem na to, że zespół skręca w nieco innym kierunku. Trochę się obawiałam, że „Genotype” spuści z tonu. I faktycznie. Mniej tu metalcore’owej sieczki, a więcej progresywnego sznytu. Przyznam, że początkowo poczułam lekki smuteczek, ale szybko skarciłam się w duchu: „Ej, laska, czepiasz się, przecież dali ci dokładnie to, co lubisz!”.
Cała moja miłość do Textures skupiała się zawsze na głosie. Gdy do zespołu dołączył Daniël de Jongh, to już w ogóle przepadłam. Ten facet ma rzadką umiejętność łączenia totalnej rozpierduchy z najbardziej seksownymi czystymi wokalami ever. Tak wszechstronny wokalista to skarb. Mimo że na „Genotype” znajdziemy mniej growli, to album nadal brzmi potężnie.
W mojej recenzji płyty „Reliance” od Soen napisałam, że Joel Ekelöf śpiewa z taką pasją, że każda linijka tekstu wydaje się ważna. Cóż, Daniël de Jongh śpiewa z taką pasją, że każda linijka tekstu jest ważna. Różnica między tymi dwoma wokalistami jest taka, że jeden toczy jakąś wewnętrzną walkę, a drugi wyrzuca z siebie słowa jakby od niechcenia.
Wyobrażam sobie taką scenę w studio:
– Wiesz, Daniël tak sobie myśleliśmy, że tu wejdziesz tak delikatniej, potem tak trochę mocniej, ale nie zbyt mocno, a na końcu to krzyknij, ale tak porządnie.
Na to wokalista Textures odpowiada:
– Potrzymajcie mi piwo, koledzy.
Tak powstał kawałek „Vanishing Twin”. I kilka innych.
To, co dzieje się natomiast pod warstwami wokalnymi, to istny majstersztyk. Muzycy Textures na pewno nie leżeli do góry brzuchem przez te 10 lat. Wszystko brzmi dokładnie jak dekadę temu… tylko lepiej.
Perkusja i gitara basowa pięknie prowadzą przez utwory. Klawisze budują niepokojący, ale wciągający klimat. A gitary? Gitary dodają ognia. Ten czasem tylko delikatnie muska skórę, aby chwilę później zafundować eksplozję dźwięków.
Całość zaprojektowana jest z matematyczną precyzją. Nie ma tu przypadków. Są za to liczne momenty zaskoczenia. Dzięki temu ta płyta pewnie długo mi się nie znudzi.
Muzyczne DNA
Bardzo szanuję to, że odświeżając wizerunek, Textures nie stracili swojego DNA. Może jest troszkę lżej, ale nadal potężnie. Na „Genotype” dzieje się mnóstwo. To płyta pełna smaczków, które wyłapiesz dopiero przy trzecim czy czwartym przesłuchaniu. 46 minut mija błyskawicznie. To świetny przykład metalu, który nie jest kakofonią, a spójną, logiczną i świetnie zrealizowaną kompozycją.
Czy warto? Absolutnie. Dzisiaj premiera nowej płyty Karnivool (ci to dopiero kazali na siebie czekać – 13 lat!). Czy przebiją Holendrów? Poprzeczka wisi bardzo wysoko.
Gdzie ich zobaczyć na żywo? Już 22 lutego w warszawskiej Progresji Textures wystąpi obok Jinjer i Unprocessed. Grają jako „special guest”, co oznacza tylko 40 minut seta. Dla mnie to zdecydowanie za mało, dlatego tym razem odpuszczam i modlę się do bogów, żeby wrócili do nas szybko jako headliner.
