Thin Lizzy – „Jailbreak”

Czasem (tak naprawdę, to dosyć często, a ostatnio jeszcze częściej) zdarza mi się, że coś napiszę, a potem nie jestem z tego zadowolona i wrzucam to do folderu „na lepsze czasy”. Tak oto recenzja płyty Thin Lizzy „Jailbreak” nie została opublikowana 26 marca, czyli w swoją 50 rocznicę.

Podobnie zresztą miałam z ostatnim alfabetem muzycznym, dlatego artykuł o Blind Guardian pojawił się na końcu miesiąca, a w marcu to w ogóle publikowałam mało. Na szczęście w przypadku tych dwóch tekstów (kolejne pięć czeka na drugą szansę) dość szybko mnie olśniło. Udało mi się je dokończyć, a z tej recenzji, nie wiem czemu, jestem wyjątkowo dumna.

Z lekkim opóźnieniem zapraszam dziś na „ucieczkę z więzienia”. Można chwycić z kufel czarnego jak smoła Guinnessa lub, jak ktoś woli, słoik whiskey. Przeniesiemy się bowiem do Dublina, gdzie zbuntowani młodzieńcy w skórzanych kurtkach wychodzą na ulice… i zdecydowanie „szykują się jakieś kłopoty”.


Widmo irlandzkiego folkloru

Gdybym miała wymienić wykonawców, którzy w latach 70. zabłysnęli jednym przebojem, a potem nie mogli przebić się do szerszej publiczności, byłoby ich zdecydowanie zbyt wiele. Na pewno do tej grupy zalicza się Thin Lizzy.

Niech pierwszy rzuci kamień, kto nie zna ich wersji irlandzkiej przyśpiewki „Whiskey in the Jar”. Swoją drogą uważam, że jest to jedyna słuszna wersja tego utworu. Przyznam się, że z chęcią uczestniczyłabym w balandze, którą zafundowała Metallica w teledysku do swojej interpretacji, ale to nadal mnie nie przekonuje, żeby polubić ją bardziej.

Fakty są takie, że po sukcesie „Whiskey in the Jar” Thin Lizzy miało duży problem, aby przebić się z resztą swojej twórczości. Utwór wyszedł w formie singla 1972 roku i bardzo możliwe, że zbieracze płyt mogą mieć problem, żeby go zdobyć. Dlatego informuję, że obecnie utwór można znaleźć na reedycjach płyt „ Shades of a Blue Orphanage” (1972 rok) i Vagabonds of the Western World” (1973 rok). W naszej rodzinnej kolekcji płyt mamy go na takim oto ciekawym wydawnictwie. (Swoją drogą mamy takich płyt kilka z przeróżnymi wykonawcami).

Szczerze pisząc ja sama przez długi czas, nie umiałam wymienić innego utworu Thin Lizzy niż „Whiskey in the Jar”. Coś tam kojarzyłam, ale albo nie znałam tytułu, albo nie wiedziałam, że to Thin Lizzy. Żyłam sobie w przekonaniu, że to zespół jednego przeboju i jest to muzyka fajna, ale bez przesady. No i pewnie znajdą się na sali krytycy, którzy stwierdzą, że Thin Lizzy to nie jest nic przełomowego (znalazłam w Internecie co najmniej jednego i z krzesła prawie spadłam) i powiedzą, że dobrze, że żyłam w takiej nieświadomości.

A ja powiem, że niedobrze i cieszę się bardzo, że kiedyś nie mogłam spać w nocy i postanowiłam pooglądać sobie telewizję.


Thin Lizzy na małym ekranie

Za Chiny Ludowe nie mogę sobie przypomnieć, kiedy dokładnie to mogło być. Obstawiam, że gdzieś na przełomie gimnazjum i liceum. Miałam już wtedy jako tako wyrobiony gust muzyczny i z wielką przyjemnością zagłębiałam się w klasyce rocka.

Pamiętam za to doskonale, że był to środek nocy. Miałam taki malutki telewizorek w pokoju. TVP Kultura puszczała wtedy stare koncerty. W ten sposób trafiłam na Thin Lizzy, chyba z początku lat 80.

Zobaczyłam wtedy czystą, pierwotną energię. Mimo małego ekranu wydawało mi się, że czuję pot ściśniętych pod sceną ludzi. To była prawdziwa esencja rocka, jakiej szukam podczas każdego koncertu. Żałuję, że nigdy nie będzie mi dane zobaczyć tego na żywo.

Przekonałam się również, że Thin Lizzy to nie tylko „Whiskey in the Jar”, ale również cała masa świetnych przebojów. Wisienką na torcie był oczywiście frontman, Phil Lynot, którego wyobrażałam sobie jakoś inaczej. Zabij mnie, ale cały czas wydawało mi się, że jest rudy… ale na bank ma wąsa.


Burza loków i najseksowniejszy wąs świata

Phil Lynott był niezaprzeczalnie sercem i duszą Thin Lizzy. Dziś wiem, że był to głos niepowtarzalny, a styl gry na gitarze basowej na tyle charakterystyczny, że rozpoznam po jednej nutce. Dorzuć jeszcze smutne, ale jednocześnie zawadiackie spojrzenie spod burzy czarnych loków i masz czuły obiekt westchnień niejednej młodej dziewczyny. Do tego ten wąs!

Oczywiście Phil Lynott to nie tylko niebywale przystojny chłop, ale również znakomity poeta. Inspiracje czerpał z kultury celtyckiej, ale przede wszystkim z życia. I to nie tego usłanego różami, ale tego zebranego garściami z brudnej ulicy. Tak oto powstały teksty piosenek, które porywały tłumy zbuntowanych romantyków. W tym mnie 50 lat później.


Tonight there’s gonna be trouble

Obejrzałam niedawno film „Motocykliści” („The Bikeriders”, reż. Jeff Nichols) i od razu pomyślałam sobie o płycie „Jailbreak”. Gdy słucham piosenki o pewnej ucieczce z więzienia i o kłopotach, które zaraz nastąpią, widzę wspólny mianownik w tych dwóch dziełach.

Niegrzecznych chłopców, którzy mają własne zasady. I raczej nie są to zasady powiązane z literą prawa.

Niech pierwszy rzuci kamień, ten komu nigdy nie zaimponowali panowie w skórach, szwendający się po ulicach w dużych grupach. Takich, od których na kilometr śmierdzi benzyną, dymem tytoniowym i wolnością.

Kobieto! Przyznaj się, że jakby taki wyciągnął do Ciebie serce na dłoni, to byś wzięła. Nawet jeśli wiesz, że nie warto, bo za chwilę sobie pójdzie. Będziesz chciała przeżyć tę przygodę.

Mężczyzno! Przyznaj, że chciałbyś, chociaż na chwilkę, być na miejscu tego kolesia.

Dlaczego?

Bo w tym buncie jest obietnica autentyczności, której brakuje w uładzonym świecie. A Phil Lynott był ucieleśnieniem tej obietnicy i śpiewał o tym w utworach takich jak wspomniane wcześniej „Jailbreak”, „Romeo And The Lonely Girl”, „Warriors” i…


…”The Boys Are Back in Town”

Gdy pod koniec 1975 roku Thin Lizzy weszło do studia, by nagrać swój szósty studyjny album, sytuacja nie wyglądała kolorowo. Wytwórnia Vertigo Records dała zespołowi ostatnią szansę. Poprzednie albumy nie zostały przyjęte, tak jakby oczekiwał tego zespół i wydawca.

Płyta „Jailbreak” na szczęście przerwała tę falę niepowodzeń. Wszystko dzięki singlowi „The Boys Are Back In Town”.

Utwór bardzo szybko podbił rozgłośnie radiowe. Brytyjski dziennikarz Tony Blackburn przez calutki tydzień puszczał go codziennie w swojej audycji w BBC Radio. Zaskoczyło to zespół, który pierwotnie nawet nie chciał go umieszczać na płycie. W 1976 roku „The Boys Are Back In Town” otrzymało nagrodę New Musical Express za najlepszy singiel.


Współpraca z Jimem Fitzpatrickiem

Jim Fitzpatrick to irlandzki artysta, który, podobnie jak Phil Lynott, lubi inspirować się kulturą celtycką. Mimo że w swojej twórczości głównie bazował na rodzimej kulturze, to znany jest głównie z kultowego portretu Che Guevary w czerwonych i czarnych barwach.

Przez lata współpracował także z Thin Lizzy. Jego prace zdobią m.in. okładkę płyty „Vagabonds of the Western World” (1973 rok) i oczywiście „Jailbreak”. Zaprojektował również charakterystyczne logo zespołu, które po raz pierwszy pojawiło się na okładce płyty „Fighting” (1975 rok).

Inspirowana komiksami Marvela okładka „Jailbreak” występuje w dwóch wersjach. Ta, którą widzisz tutaj to pierwsza wersja z trzema muzykami Thin Lizzy. Brakuje na niej gitarzysty Scotta Gorhama. Ta okładka dominowała w Wielkiej Brytanii i reszcie Europy.

okładka płyty Thin Lizzy - „Jailbreak"
Thin Lizzy – „Jailbreak”
okładka płyty
autor: Jim Fitzpatrick

Amerykańską wersję poprawiono i dodano do niej brakujące ogniwo. Okładka jednak różni się trochę kolorami i kadrem.

Z okazji 50 rocznicy płyty Jim Fitzpatrick wrócił do pierwowzoru i narysował okładkę jeszcze raz. Tak jak wyglądać powinna. Z wszystkimi 4 muzykami, w odpowiednim kolorze i z zamierzonym pierwotnie kadrem. Jeśli chcesz się trochę dowiedzieć, jak powstawała ta okładka, koniecznie sprawdź profil na Facebooku artysty. W marcu pojawiło się kilka postów na ten temat.


Twarda i czuła strona rocka

Wielu fanów uważa „Jailbreak” za szczytowe osiągnięcie grupy. Popieram to zdanie, chociaż Thin Lizzy ma na koncie jeszcze wiele innych, cudownych dokonań. Muzyka na płycie jest jednocześnie prosta i pełna młodzieńczej dzikości, ale też zgrana z gracją niepoprawnego romantyka.

Zespół stworzył dzieło całkowicie ponadczasowe. Znajdziesz tu genialne solówki i wpadające w ucho refreny. A dopełniają je teksty o ludziach, którzy szukają swojego miejsca na ziemi.

Być może „Jailbreak” się troszkę zestarzał, ale ja widzę w tym wiele uroku, którego brakuje nowoczesnej muzyce. Jeśli z jakiegoś powodu jeszcze nie znasz tego albumu, musisz nadrobić muzyczne zaległości.

Jedyne czego żałuję to, że Phil Lynott nie poradził sobie z własnymi demonami i utonął w ciemności wypełnionej alkoholem i narkotykami. Wydaje mi się, że mógł nam jeszcze wyśpiewać wiele pięknych tekstów. Tym samym Thin Lizzy znajduje się na liście zespołów, które bardzo chciałbym zobaczyć na żywo, ale nigdy mi się nie uda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *