„Parasomnia”

Dream Theater

Jutro w sopockiej Operze Leśnej wystąpi Dream Theater. Zespół, którego chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać, bo przez 40 lat działalności bardzo mocno ugruntowali sobie swoją pozycję na scenie progresywno metalowej, prezentując swoim słuchaczom epickie pejzaże pełne rozbudowanych kompozycji i mistrzowskich partii instrumentalnych.

Jutrzejszy koncert to świetna okazja, aby wrócić do najnowszej płyty Dream Theater „Parasomnia”, która ukazała się 7 lutego tego roku.

Niech mnie ktoś uszczypnie

Po wieloletniej przerwie na stanowisko perkusisty do zespołu powrócił Mike Portnoy. Czy to sen? Nie i słychać to wyraźnie na całej płycie. Partie perkusyjne na „Parasomnii” przepięknie dudnią i dzwonią od pierwszego utworu.

Wydaje mi się jednak, że wielki powrót perkusisty jest też niestety przekleństwem tej płyty. Wraz z obecnością tego znakomitego muzyka, jakim jest Mike Portnoy, oczekiwania fanów wzrosły drastycznie. Efekt jest taki, że „Parasomnia” nie zyskała tak dobrych recenzji, jakbym się spodziewała. Wielka szkoda.

Bardzo cieszę się, że dałam tej płycie więcej czasu. Mój pierwszy odsłuch był raczej bez fajerwerków. Jednak po każdym kolejnym przesłuchaniu znajdowałam nowe smaczki, aż w końcu bardzo polubiłam tę płytę.

Ścieżka dźwiękowa

do sennych koszmarów

„Parasomnia” to troszeczkę ponad 71 minut muzyki opowiadającej o sennych koszmarach. Koncepcyjny album zabiera słuchacza w podróż przez różne zaburzenia snu. Teksty utworów nawiązują do problemów takich jak lunatyzm, paraliż senny i świadome śnienie.

Te wszystkie zjawiska wspaniale oddaje również warstwa muzyczna płyty. Początek płyty to przerażające dźwięki dzwonka budzika, który jest zwiastunem ogromnego niepokoju.

Pokusiłabym się o stwierdzenie, że „Parasomnia” to ścieżka dźwiękowa do sennych koszmarów. Szczególnie w partiach instrumentalnych. Słychać tu niezwykły kunszt klawiszowca – Jordana Rudessa, który serwuje orkiestrowe i syntezatorowe warstwy, tworzące senne tła. Wyraźnie słychać tu inspirację muzyką filmową. W szczególności w utworach „A Broken Man”, „Lucid Construct” i „The Shadow Man Incident”.

Młoda kobieta trzyma w rękach okładkę płyty winylowej Dream Theater Parasomnia. Nie widać jej twarzy. Zasłania ją płyta winylowa.
Dream Theater „Parasomnia”
okładka płyty
Hugh Syme

Klasyczne solówki gitarowe

Jednym z najważniejszych składników Dream Theater są oczywiście gitary. Przez lata John Petrucci wyrobił sobie opinię gitarowego wirtuoza o różnorodnych umiejętnościach. Na „Parasomnii” znajdziemy zarówno szybkie i techniczne riffy, jak i mięciutkie solówki gitarowe charakterystyczne dla muzyki m.in. Pink Floyd. To właśnie te drugie przeważają na tym albumie.

Tym razem John Petrucci ograniczył ilość technicznego, szybkiego grania wielu dźwięków naraz do minimum. Pozostała natomiast ogromna ilość śpiewnych, klasycznych solówek. Znajdziemy je właściwie w każdym utworze. Dzięki temu „Parasomnia” stała się płytą dużo bardziej przystępną dla przeciętnego słuchacza w porównaniu do innych płyt Dream Theater.

Wokalna oszczędność

Można odnieść wrażenie, że przy całym bogactwie dźwięków, które fundują muzycy Dream Theater, zabrakło miejsca na wokale. Właściwie przez większość „Parasomnii” James LaBrie brzmi tak samo. Coś więcej dzieje się właściwie tylko w pięknej balladzie „Bend the Clock” i „The Shadow Man Incident”, czyli ponad 19-minutowej kompozycji zamykającej album, w której jest miejsce na popisy absolutnie wszystkich.

Po dłuższym zastanowieniu uważam jednak, że to wcale nie był zły wybór. Dodanie więcej wartości do linii wokalnych mogłoby sprawić, że „Parasomnia” byłaby przeciążona od nadmiaru. W takim wydaniu stanowi spójną całość.

Perfekcja

w każdym dźwięku

Dream Theater zastosowało na „Parasomnii” bardzo spójną strukturę powtarzających się motywów melodyjnych. Na różnych etapach płyty można usłyszeć m.in. dźwięk zegara, podobną cichą melodię zwiastującą nadejście kolejnego koszmaru i te powtarzające się riffy gitarowe. Powracające warstwy tematyczne sprawiają, że całość wydaje się cykliczna, niepokojąca i koncepcyjnie zamknięta.

Cała płyta jest fantastycznie zrealizowana. Każdy dźwięk jest czysty, precyzyjny i doskonale zmiksowany. Wszystkie warstwy muzyczne są dobrze połączone. Żadna nie zagłusza innej. To świadczy o tym, że Dream Theater to mistrzowie perfekcjonizmu.

Ktoś powie, że techniczne granie, trudne przejścia, zmiana metrum i progresywno rockowe „plumkanie” na gitarze to muzyczny egocentryzm. Ktoś inny powie, że właśnie tego na tej płycie zabrakło.

Wydaje mi się, że „Parasomnia” to jednak dowód na to, że muzycy Dream Theater to po prostu ludzie o bardzo dużej wyobraźni. Z odrobiną perfekcjonizmu. Ja czekam na więcej w odkurzonym składzie.

Tym, którzy jutro będą w Sopocie, życzę miłej zabawy.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *