„Tsunami Sea”
Spiritbox
Kiedy byłam bardzo młodą nastolatką i dopiero zaczynałam swoją przygodę z muzyką metalową, miałam taki uroczy okres, w którym słuchałam wszystkiego, co gotyckie i pokrewne. Cóż mogło mi się w tej muzyce tak podobać? Oprócz smutku i melancholii oczywiście żeńskie wokale.
Potem gdy troszkę rosłam i byłam coraz bardziej zbuntowana, zobaczyłam w telewizji teledysk do „We Will Rise” Arch Enemy i zafascynowałam się kobietami, dla których growling to bułka z masłem. Zaczęłam drążyć. Tak poznałam kilka innych zespołów, troszkę bardziej tanecznych jak In this Moment, Infected Rain, The Agonist…
Gdzieś, ktoś pokazał mi teledysk metalcorowego Iwrestledabearonce i trochę mi mózg rozwaliło, ale o zespole zapomniałam. Potem Alissa White-Gluz, zamiast śpiewać w The Agonist, została twarzą Arch Enemy i czar prysł. Zrobiło się jakoś nudno.
Magia
„Eternal Blue”
Po latach jakimś zbiegiem okoliczności trafiła na moje słuchawki płyta „Eternal Blue” zespołu Spiritbox. Pomyślałam wtedy: „Ej! Ja skądś znam ten głos”. No tak znam. Courtney LaPlante przez chwilę była wokalistką Iwrestledabearonce. Zresztą jak jej mąż, gitarzysta i współzałożyciel Spiritbox, Mike Stringer, również zasilał krótki czas ten zespół.
Zachwyciłam się tą płytą. Odniosłam wrażenie, że to jest jakaś nowa jakość w muzyce metalcorowej. „Etrenal Blue” to znakomicie zbilansowany krążek, który pokazuje znakomite możliwości Courney przy różnych technikach śpiewania. Mamy tu troszkę djentu i progresywnego metalu, rozmarzonych, wręcz prawie popowych kompozycji i dawkę potężnego uderzenia. Wszystko się bardzo zgrabnie ze sobą przeplata i świetnie ze sobą pasuje. Bardzo często wracam do tej płyty.
W międzyczasie Spiritbox nagrał epkę, która mnie nie porwała, ale czekałam z niecierpliwością na nowy, pełnoprawny krążek. No i przyszedł. W marcu miało premierę „Tsunami Sea”, a ja jak małe dziecko czekające na wymarzoną zabawkę, kupiłam od razu winyla.

okładka płyty
autor: Kevin Moore, Mindreader
Gdy muzyka ma swoje kształty
Zacznę od kwestii wizualnych, bo te sprawiły mi wyjątkową przyjemność. Uważam, że płyta jest przepięknie wydana. Po pierwsze sama płyta jest w kolorze czarno-biało-srebrnym, która kojarzy się z morzem. Do tego gruba okładka w minimalistycznym stylu. Grafiki i fotografie nawiązują do nazwy albumu, a teksty wydrukowane są dużą czcionką, żeby nie trzeba było czytać z lupą. Każdy utwór ma swój piktogram. Wszystko dopełniają połyskujące akcenty graficzne i tekstowe. Całość w czerni i bieli. Moja dusza artysty architekta bardzo się cieszy.

wnętrze okładki, płyta winylowa
autor: Kevin Moore, Mindreader
zdjęcia: Kyle Joinson
Morskie opowieści
Powiem szczerze, że w kwestii muzycznej „Tsunami Sea” troszkę mnie zawiódł, ale miałam też ogromne oczekiwania. To, co zachwyciło mnie w „Eternal Blue”, to fakt, że zespół odkleił łatkę matalcoru i poszedł szukać czegoś innego. Na „Tsunami Sea” nadal to słychać, ale odnoszę wrażenie, że jest to album bardzo zachowawczy.
Spiritbox połączył elementy, które sprawdziły się na poprzednim albumie, z tym, co obecnie jest popularne w muzyce okołometalowej i trafia do szerszej publiczności. Są momenty gdzie słychać, że zespół nadal szuka nowych rozwiązań i przemyca dźwięki skierowane dla bardziej wymagającego odbiorcy, ale jest tego, jak na lekarstwo.
Są też momenty, w których Spiritbox wraca do metalcorowych korzeni i to ze zdwojoną mocą, ale mam wrażenie, że ktoś wyznaczył muzykom granicę, której nie powinni przekraczać. Efekt jest taki, że czuję straszliwy niedosyt. Nie znaczy to jednak, że jest to album zły. Wręcz przeciwnie. „Tsunami Sea” to płyta bardzo wrażliwa i przemyślana.
„Sorrow follows me”
To pierwszy wers z utworu „Fata Morgana”, który otwiera „Tsunami Sea” i faktycznie już od pierwszych sekund mamy do czynienia z wylewającym się morzem żalu i rozgoryczenia. Za równo w warstwie tekstowej i muzycznej.
Porządną dawkę ciężkości słychać też w utworach „Balck Rainbow” i „No Loss, No Love”. Jest też awanturnicze „Soft Spine”, z którego łatwo wywnioskować, że ktoś tu wyjątkowo kogoś nie lubi… a wręcz nienawidzi. Do tego świetnie zrealizowany teledysk w czerni i bieli (zresztą jak wszystkie teledyski promujące tą płytę).
Cisza przed burzą
Są też chwile oddechu, w których można cieszyć się ciepłymi i delikatnymi wokalami. Tutaj wypływa na powierzchnię chyba najbardziej radiowy utwór „Perfect Soul” z pozycji trzeciej, tytułowe „Tsunami Sea” i bardzo średnie „Deep End”, które zamyka płytę. W porównaniu do delikatniejszych utworów z „Eternal Blue” wydaje mi się, że cała trójka dryfuje po tym morzu bez celu. Z drugiej strony są to piosenki, które mogą wpaść w ucho mniej wymagającego słuchacza.
Dużo więcej burzliwych emocji prezentuje „A Haven With Two Faces”. To jeden z tych kawałków, w których zespół świetnie pokazuje jak budować w utworze napięcie i mieszać różne techniki wokalne i muzyczne. Bardzo podobają mi się tu partie gitarowe. Oprócz charakterystycznych riffów, których dźwięk przypomina piłę mechaniczną, dostajemy też delikatniejsze drapanie o struny. To sprawia, że jest to chyba najbardziej zróżnicowany utwór na „Tsunami Sea”.
Na całym „Tsunami Sea” mamy też sporą dawkę elektroniki. Można w niej wręcz utonąć suchając utworu „Crystal Roses”. Jest to moim zdaniem najsłabsze ogniwo tej płyty. Nie mam nic przeciwko syntezatorom i umiarkowanej ilość autotuna, ale tu zdecydowanie poszło to w złym kierunku. Trochę szkoda, bo w sumie słychać tam jakiś potencjał.
„Ride The Wave”
Powiem szczerze, że czasem najlepiej działają na mnie proste, sprawdzone schematy. Utwór „Ride The Wave” ma konstrukcję cepa, znaną z największych hitów. Zwrotka – refren – zwrotka – refren – mostek – moment kulminacyjny – refren. Gdzieś coś zwalnia, coś jest ciszej, potem głośniej. Może troszkę to spłyciłam, ale mniej więcej tak to słychać.
W ten sposób, dla mnie oczywiście, Spiritbox nagrał najlepszy utwór na płycie. Kompozycja jest świetnie zaplanowana, a poszczególne sekcje przechodzą płynnie do kolejnych. Dzięki temu dostajemy wspaniały dreszczyk emocji i dużą dawkę wrażliwości. Być może „Ride The Wave” stał się moją ulubioną kompozycją Spiritbox.
Całość dopełnia poetycki tekst piosenki, którym w jakiś sposób się identyfikuję. Chyba właśnie dla tego utwór „Ride The Wave” stał się mi wyjątkowo bliski. W ogóle muszę przyznać, że cała płyta pod względem lirycznym wypada bardzo przyzwoicie i spójnie.

wnętrze okładki, płyta winylowa
autor: Kevin Moore, Mindreader
zdjęcia: Kyle Joinson
„Tsunami Sea”
Jeśli chodzi o kwestie wizerunkowe, to muszę przyznać, że zespół stanął na wysokości zadania. Znakomite teledyski, okładka, spójny, morski klimat. Widać, że Spiritbox ma pomysł i się go trzyma jak steru. Bardzo dobrze byle tak dalej.
Muzycznie „Tsunami Sea” wciąga lub należałoby powiedzieć zalewa falą emocji. Mimo wszystko można się z tego morza wydostać na brzeg. Ja jednak chciałabym utonąć. Może przy kolejnej płycie.
Podoba Ci się moja
radosna twórczość?
Zaobserwuj mnie na Facebooku i Instagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.
Dzięki, że jesteś!
Magdalena 🙂


