„The Spin”
Messa
Nie zrobiłam żadnego płytowego podsumowania 2025 roku. Trochę z premedytacją. Powiem szczerze, że poprzedni rok nie przyniósł mi takich muzycznych doznań jak poprzednie lata. Większość ciekawszych wydawnictw ukazała się pod koniec roku, więc pewnie jeszcze do nich wrócę.
Tę jedną płytę jednak darzę wielką sympatią. Prawdopodobnie wracałam do niej najczęściej w 2025 roku. „The Spin” od włoskiego zespołu Messa wyszło 11 kwietnia i pokochałam to od pierwszych dźwięków. Bardzo chciałam mieć to wydawnictwo na winylu. Pech chciał, że ta wersja dość szybko wyprzedała się w kilku sklepach internetowych. Ostatecznie udało mi się je kupić w listopadzie. Ale mam! I bardzo się z tego cieszę.
Włosi zaprezentowali na „The Spin” kawał bardzo klimatycznej muzyki. Ta płyta jest dowodem na to, że nawet mniej popularne zespoły mają dużo do powiedzenia. I warto się zagłębić w ich twórczość.

okładka płyty
zdjęcie rzeźby Uroboro, 2023 rok
marmur, opona
wymiary: 57 x 57 x 10 cm
autor: Nico Vascellari
Magnetyzm
od pierwszych sekund
Wszystko zaczyna się od utworu „Void Meridian”. To potężna kompozycja, która bardzo mądrze balansuje między rytmicznymi zwrotkami a delikatnymi refrenami. Idealne otwarcie albumu. Wciąga powoli i buduje napięcie z taką precyzją, że zanim się obejrzałam, byłam już po kolana w gęstej, mrocznej mgle. Czułam ogromną ciekawość tego, co czai się dalej.
Bluesowy pazur w
„At Races”
Zaraz po nim wchodzi „At Races”, czyli drugi utwór na płycie. Czuć w tym numerze fantastyczny, bluesowy brud, który zachęca do wstania z krzesła. To właśnie w tej piosence po raz pierwszy tak wyraźnie zachwycił mnie aksamitny głos wokalistki. Śpiewa w sposób niezwykle opanowany, ale pod koniec utworu serwuje moment całkowitego zaskoczenia. To nagłe uderzenie emocji sprawia, że człowiek na chwilę wstrzymuje oddech.
Wokalistka Messy nie stara się na siłę wyważać otwartych drzwi. Nie popisuje się tam, gdzie nie trzeba. Ale kiedy już uderza, robi to w momentach najmniej oczywistych. Jej głos jest jak stary, aksamitny płaszcz. Miękki, otulający, niby znajomy, a jednak kryje w sobie jakąś tajemnicę.
Wieczór w oparach noir
W samym środku albumu czeka na nas „Immolation”. To cudne zwolnienie tempa, które działa jak chwila oddechu w dusznej atmosferze „The Spin”. Utwór utrzymany jest w bardzo mrocznym, niemal sennym klimacie. To moment, w którym muzyka staje się bardziej intymna i wyciszona. Dla mnie to jedna z najbardziej kojących części płyty, choć podszyta jest pewnym niepokojem. To dowód na to, jak świadomie Messa zarządza emocjami słuchacza, pozwalając mu na moment wyciszenia przed finałem.
Gdy dochodzimy zaś do „The Dress”, klimat gęstnieje jeszcze bardziej. To jeden z tych momentów na płycie, które zostają w głowie na bardzo długo. Wszystko za sprawą trąbki, która pojawia się w tej kompozycji. Jej dźwięk nadaje całości niesamowitego, filmowego sznytu.
Te dwa utwory sprawiają, że czuję się, jakbym siedziała w starym kinie. Oglądam klasyczny kryminał noir, gdzie dym papierosowy miesza się z zapachem deszczu. Mimo dusznych oparów i gęstego kurzu słyszę w tych melodiach dużo elegancji, która nie jest tak oczywista w muzyce rockowej i metalowej.
Finałowe uderzenie w
„Thicker Blood”
Na samym końcu płyty znajduje się „Thicker Blood”. To pożegnanie z albumem, które nie daje o sobie zapomnieć. Podobnie jak wcześniej, tak i tutaj wokalistka chowa asy w rękawie. Jej głos, choć przez większość czasu wydaje się spokojny i gładki jak jedwab, w samej końcówce utworu uwalnia niespodziewaną siłę. To właśnie to zakończenie sprawia, że „The Spin” wybrzmiewa w głowie jeszcze długo po tym, jak igła gramofonu podniesie się z płyty winylowej. To klamra, która domyka tę mroczną opowieść w sposób absolutnie doskonały.
Profesjonalizm z duszą
To, co mnie w „The Spin” najbardziej urzeka, to niesamowita dyscyplina kompozycyjna. Messa nie kombinuje na siłę. Bardzo podobają mi się te proste, klasyczne konstrukcje piosenek z wyraźnie oddzielonymi zwrotkami i refrenami. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Te momenty zwolnień, kiedy muzyka niemal staje w miejscu, by po chwili wybuchnąć emocjonalną partią gitary…
To jest po prostu piękne.
Cały album jest przykładem niezwykle profesjonalnej realizacji. Messa stworzyła dzieło spójne, choć czerpiące z wielu źródeł. Znajdziecie tu nawiązania do klasycznego rocka i bluesa, ale podane w znakomitej otoczce doom rocka i metalu. Ta płyta jest mroczna i duszna, ale jednocześnie niesie w sobie dziwne ukojenie. To bardzo przemyślany materiał, w którym każde uderzenie w struny ma sens.
Znakomite, znakomite i jeszcze raz znakomite. Jeśli szukasz czegoś, co Cię przemieli i zostawi z poczuciem, że muzyka wciąż potrafi poruszać najgłębsze struny, „The Spin” musi zakręcić się na Twoim gramofonie.
Podoba Ci się moja
radosna twórczość?
Zaobserwuj mnie na Facebooku i Instagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.
Dzięki, że jesteś!
Magdalena 🙂


