„The Astonishing”
Dream Theater
29 stycznia 2016 roku wyszło „dzieło życia” Dream Theater. „The Astonishing” to drugi po „Metropolis Pt 2: Scenes from a Memory” (1999 rok) album koncepcyjny w historii zespołu.
Garść informacji praktycznych
„The Atonishing” to rock-opera z prawdziwego zdarzenia. Ma fabułę, swoich bohaterów i przesłanie. Do płyty powstała gra komputerowa, którą można kupić na Steam za 11 złotych bez 1 grosza. Od razu przyznaję się, że nie grałam.
Przy tej okazji przypomniało mi się, że nadal czekam na grę od Tesseract na podstawie znakomitej płyty „War Of Being”. Minęły już 3 lata, a tu ani widu, ani słychu. Chociaż w ostatnim newsletterze pisali, że cały czas ciężko nad nią pracują.
Była też gra na telefony komórkowe, ale nie widzę jej w Sklepie Play, zakładam więc, że jest już niedostępna. Miał być też musical w stylu Broadwayu, ale coś nie wyszło.
To świadczy tylko o jednym. Ogólnie rzecz biorąc, coś tutaj „nie zagrało”. Lub może należałoby powiedzieć, że „zagrało” aż za bardzo.
Prolog, czyli jak nie polubiłam
„The Astonishing”
Rok 2016, Wigilia Bożego Narodzenia. Jak co roku zrobiłam moim rodzicielom listę płyt, które chciałabym mieć. Czasem podawałam konkretne tytuły, czasem same nazwy zespołów, bo akurat chciałam nadrobić dyskografię.
Na takiej zasadzie na liście znalazło się Dream Theater. Przechodziłam wtedy fazę fascynacji ich twórczością, szczególnie wczesnymi albumami, ale nie miałam jeszcze niczego na własność w wersji fizycznej. Pech chciał, że w 2016 roku wyszło właśnie „The Astonishing” i to ono wpadło w ręce mojego taty.
Pech chciał, w 2016 roku wyszła płyta „The Astonishing” i to właśnie ona przed świętami tego samego roku wpadła w ręce mojego taty. Tak oto stałam się posiadaczka najgorszej (według mnie) płyty Dream Theater.
Dzień po Wigilii próbowaliśmy jej wspólnie wysłuchać. Nie wyszło. Poddaliśmy się po kilku utworach. Płyta wylądowała na półce, gdzie przez lata pokryła ją gruba warstwa kurzu. Od tamtego czasu powtarzam sobie, że nie lubię tego albumu.
Z okazji 10. rocznicy wydania postanowiłam sprawdzić, czy zmieniłam zdanie.

okładka płyty
artwork: Jie Ma
Dane techniczne
2 godziny i 10 minut — tyle trzeba przetrwać, aby wysłuchać „The Astonishing” w całości. Przyznam się bez bicia, że w ciągu ostatnich 10 lat udało mi się to zrobić dwa razy. Właściwie powinnam napisać: po 10 latach w końcu udało mi się to zrobić dwa razy. Jestem pewna, że wcześniej nigdy nie dotrwałam do finału.
Po pierwszym pełnym przesłuchaniu krzyknęłam w zachwycie: „Alleluja, ale to było męczące!”. I wcale nie dlatego, że ta płyta jest tragiczna. Jest zwyczajnie za długa. Historia podzielona jest na dwa akty: Akt 1 składa się z 20 utworów, Akt 2 z 14. To daje nam łącznie 34 kompozycje, które sprawdzają naszą cierpliwość, wytrwałość i prawdziwą miłość do zespołu.
Fabuła
Tutaj muszę przyznać, że choć momentami teksty wypadają dość nieporadnie, to jednak temat w sam raz na obecne czasy. Mogę pokusić się na stwierdzenie, że John Petrucci, który napisał historię i teksty, przewidział w jakiś sposób przyszłość.
„The Astonishing” przenosi nas do roku 2285, do dystopijnego Wielkiego Północnego Imperium Ameryki. Światem rządzi tyran, cesarz Nafaryus, a ludzie żyją w świecie pozbawionym prawdziwej sztuki. Muzyka nie jest już tworzona przez ludzi. Generują ją NOMACS, czyli latające drony emitujące bezduszną, cyfrową papkę. Brzmi znajomo? Pozdrawiam twórców Suno AI. I innych wspaniałomyślnych narzędzi do tworzenia muzyki ze sztuczną inteligencją.
Oczywiście, że w historii pojawia się wybraniec. Gabriel to chłopak z wioski Ravenskill, który posiada dar śpiewania i grania „z duszą”. Wybucha rebelia, pojawia się wątek miłosny, zdrady, walka o władzę i wielki finał, w którym muzyka ratuje świat. To w zasadzie scenariusz na film Disneya zmieszany z „Gwiezdnymi Wojnami” (czekaj, czekaj…), podany w sosie progresywnego metalu. Pomysł ambitny, ale czy możliwy do udźwignięcia przy jednym posiedzeniu?
Broadway, patos
i Disney na sterydach
Oczywiście, że znajdziesz na tej płycie charakterystyczną dla Dream Theater wirtuozerię w postaci rozbudowanych partii gitarowych i orkiestrowych, które zapierają dech w piersiach. Niestety wszystko ubrane jest w teatralną formę, która powoduje, że jest zbyt patetycznie, nawet jak na standardy tego zespołu. W końcu miał być musical w stylu Broadwayu.
Efekt jest taki, że wszystkie wspaniałe umiejętności muzyków są zbyt przerysowane. Gdy połączymy to z całą masą zwolnień i bardziej balladowym brzmieniem, brzmi to dość infantylnie. Nie znalazłam lepszego przymiotnika, żeby określić moje uczucia. Może dlatego, że czasem miałam wrażenie, że słucham metalowej wersji ścieżki dźwiękowej do bajki, w której zaraz zza rogu wyskoczy śpiewający krab albo inna księżniczka. Jordan Rudess bawi się w Disneya, a James LaBrie stara się wcielać w osiem różnych postaci, co po godzinie staje się po prostu nużące. Chociaż ten ostatni akurat ogarnia temat na bardzo wysokim poziomie.
Epilog, czyli
czy zmieniłam zdanie?
Pora przejść do meritum. Czy po dziesięciu latach nadal uważam, że „The Astonishing” jest najgorszą płytą Dream Theater? Tak. Nadal nie lubię tego albumu. Jest zbyt napuszony, zbyt długi i zwyczajnie brakuje mu tego „pazura”, za który pokochałam ich wcześniejsze dokonania.
Mam na swojej półce tylko jedno wydawnictwo, które darzę jeszcze gorszymi uczuciami. To płyta Therion „Beloved Antichrist”, która zajmuje aż 3 CD. Przysięgłam sobie, że nigdy nie przesłucham jej w całości. Przy niej „The Astonishing” to niemal krótka EP-ka, ale to marne pocieszenie. Jubileusz odhaczony, płyta wraca na półkę. Widzimy się za kolejne 10 lat? No nie wiem.
A jakie są Twoje wrażenia? Czy „The Astonishing” to dla Ciebie genialne opus magnum, czy (tak jak dla mnie) muzyczny maraton, po którym potrzebujesz tygodnia odpoczynku? Daj znać w komentarzu!
Podoba Ci się moja
radosna twórczość?
Zaobserwuj mnie na Facebooku i Instagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.
Dzięki, że jesteś!
Magdalena 🙂


