„Eat The Elephant”

A Perfect Circle

Mówi się, że jedyny sposób, by zjeść słonia, to brać go po jednym kęsie. To metafora radzenia sobie z rzeczami, które nas przerastają. Z lękiem, z chaosem świata, z własną niemocą. W 2018 roku panowie z A Perfect Circle nagrali o tym płytę, która jest niezwykle ponadczasowa w swoim przekazie.

W tym roku zespół wraca z koncertami do Europy. 10 czerwca będzie można usłyszeć ich w Warszawie. To świetna okazja, żeby „zjeść tego słonia”, a przy okazji wystartować z nową serią artykułów pt. Alfabet muzyczny.

A Perfect Circle – „Eat The Elephant”
okładka płyty
zdjęcia: Steven Sebring

Zanim „zjem słonia”

Fanom ciężkich brzmień raczej nie trzeba przedstawiać takiej osobowości artystycznej jak Maynard James Keenan. Dla niewtajemniczonych: to przede wszystkim diabelnie uzdolniony wokalista Toola, Puscifera i oczywiście A Perfect Circle. Głos absolutnie unikatowy i niepowtarzalny.

Zanim przejdziemy do pełnoprawnej recenzji, wspomnę jeszcze szybciutko, że w zeszłym roku zespół świętował 25-lecie wydania debiutanckiej płyty „Mer de Noms”. Co ciekawe, w ciągu ćwierćwiecza wydali tylko cztery płyty, z czego jedna zawiera głównie covery.

Na „Eat The Elephant” fani czekali 14 lat. Mogę się pokusić o stwierdzenie, że nikt się chyba tej płyty wtedy nie spodziewał. Wszyscy czekali na nowy album Tool, który wyszedł rok później. Nie bez powodu zdania co do „Eat The Elephant” były bardzo podzielone. Po tylu latach oczekiwania były duże, a A Perfect Circle zaserwowało płytę o zupełnie innej stylistyce niż do tamtej pory. Niektórzy faktycznie mogli być zawiedzeni.

Ja jednak uważam, że każda płyta A Perfect Circle to małe dzieło sztuki, nie zawsze oczywiste w swojej formie. Zachwyciłam się „Eat The Elephant” od pierwszych dźwięków. Jestem głęboko przekonana, że była to najczęściej słuchana przeze mnie płyta w 2018 roku.

Skóra słonia

warstwa muzyczna

Prawdopodobnie to właśnie ten aspekt podzielił słuchaczy. Co niektórzy zachodzili w głowę: gdzie podział się brud i mrok znany z wcześniejszych wydawnictw? Na „Eat The Elephant” nie znajdziemy charakterystycznej ciężkości. Zamiast tego dostajemy mnóstwo pianina i trochę elektroniki. To powoduje, że płyta ma raczej balladowy wydźwięk, choć są też miejsca cięższe.

Billy Howerdel, który obok Keenana stanowi drugi trzon A Perfect Circle, tym razem postawił na delikatniejsze brzmienie. Uważam, że płyta na tym wcale nie traci tak dużo. Jest przecież wypełniona stylistycznymi smaczkami i, co zaskakujące, jest niezwykle przystępna. Do tego muzyka stanowi tu piękne tło do znakomitych tekstów.

„So we run towards anything glittering”

„Disillusioned” uderza w nasze najczulsze punkty. Maynard James Keenan patrzy na nas i ciężko wzdycha. Zamiast krzyczeć, woli szeptać nam do ucha niewygodne prawdy o tym, jak technologia kradnie nam duszę. Wlepiamy nos w ekrany, zamiast położyć się na trawie i połączyć z otaczającym światem. Kiedy wokalista błaga, byśmy odłożyli telefony, brzmi to jak modlitwa o ocalenie resztek człowieczeństwa. Banalne? Być może. Ale ubrane w taką formę, że zostaje w głowie na dni.

„Good luck, you’re on your own”

Coraz więcej gorzkiej prawdy w każdym kolejnym kawałku słonia. Bardzo mocno trafił do mnie „The Doomed”, który jest kompozycyjnym majstersztykiem. Zbudowane napięcie i tempo są tak stopione z tekstem, że każde słowo wybrzmiewa tu ze zdwojoną siłą. Mam w tym utworze jedno miejsce, w którym gęsia skórka przelatuje jak huragan po mojej skórze. Za to w finale jestem dokładnie tak samo wściekła jak wokalista. Użyłabym mocniejszych słów, ale Maynard James Keenan robi to za mnie wystarczająco dosadnie.

„So Long, And Thanks For All The Fish”

Nie mogłabym pominąć tego utworu. Z jednej strony: oda do popkultury i niemal radosny indie-rock. Z drugiej: tekst o końcu świata. O tym, jak wielcy artyści odchodzą, a my, zapatrzeni w blichtr, nie zauważamy, jak marnujemy cenny czas. Ten kontrast między wesołą melodią a makabrycznym tekstem to mistrzostwo ironii. Po raz kolejny A Perfect Circle udowadnia, że nie ma drugiego zespołu, który tak zręcznie dobiera środki przekazu.

„Tick tick tick, do you recognize the sounds”

Jakby Ci było mało sygnałów ostrzegawczych o końcu świata, to może przekona Cię „Hourglass” i krótki wstęp do tego utworu w postaci „DLB”. Do tej pory słoń był łagodny w smaku, choć zostawiał na języku gorzki posmak. Gdy dochodzimy do jego wnętrzności, dostajemy porządnego „liścia” w twarz.

„Hourglass” może nie jest najostrzejszym utworem na „Eat The Elephant”, ale na pewno się wyróżnia. To czysta, zimna elektronika, która pulsuje w rytmie śmiertelnej wyliczanki. Mimo że nie mamy tu eksplodujących gitar, to z tymi syntezatorami i zniekształconymi wokalami brzmi to dość potężnie. Ja mam cały czas wrażenie, że mi tu coś wybuchnie.

Jak ten słoń smakuje w całości?

Dla mnie „Eat The Elephant” to płyta do słuchania w samotności. Bardzo różnorodna, ale jednocześnie niezwykle spójna. Nie na imprezę, nie do biegania. To utwory na ten moment, kiedy gasisz światło, siadasz w fotelu i czujesz ciężar całego dnia. Warto na ten czas odłożyć telefon na bok, a potem wsłuchać się w melodie i teksty.

Zastanowić się, gdzie jest Twoje miejsce na tym świecie. Jeśli to zrobisz, to gdzieś pomiędzy kojącym solo w „Feathers” a surowym zamknięciem w „Get The Lead Out”, może znajdziesz odpowiedź na pytanie: jak poczuć się lekko?


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *