„The Congregation”

Leprous

Dzisiaj wystartował Brutal Assault. Ja pod sceną melduję się jutro i korzystając z tego, że jestem już spakowana, postanowiłam naskrobać coś jeszcze przed wyjazdem.

Nie byłabym sobą, gdyby nie trafiło na mój ukochany zespół, który na festiwalu wystąpi w czwartek. Mowa oczywiście o Leprous.

Wybór jest nieprzypadkowy, ponieważ ten zespół z Norwegii to koncertowy pewniak. W ostatnich latach słyszałam ich na żywo kilka razy w wydaniu klubowym i festiwalowym. Ich wcale nie taka łatwa muzyka wypada na żywo (wbrew wszelkim prawom fizyki) perfekcyjnie.

Ktoś mi zaraz zarzuci, że tak gadam (lub piszę), bo to mój ulubiony zespół. Nieprawda! Ja mam bardzo wrażliwy słuch. Wiele moich ulubionych zespołów, przestało nimi być po tym, jak dali ciała na żywo.

Na przykład Gojira na Mystic Festivalu w 2023 roku. Ktoś tam wtedy sobie bardzo wziął do serca to, że mają jednego z lepszych perkusistów na świecie (Leprous też ma) i przez to nie było słychać wokalu. Swoją drogą ciekawe jak Gojira wypdnie na Brutal Assault w 2025.

Wybór „The Congregation” też jest nieprzypadkowy, bo płyta ta w maju skończyła 10 latek i jest bardzo ważnym wydawnictwem w historii Leprous. Zaraz wytłumaczę dlaczego.

Ewolucja zespołu

Dla wielu fanów Leprous pierwszym wielkim przełomem był album „Bilateral” (2011) pełen technicznych akrobacji. „Coal” (2013) poszedł w stronę bardziej stonowaną, mroczniejszą i smutaśną. „The Congregation” kontynuuje ten kierunek, ale robi to z jeszcze większą precyzją i spójnością. To płyta bardziej zdyscyplinowana, ale emocjonalnie bardzo intensywna.

Jest to też płyta znacznie lżejsza od poprzedników, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jedna z bardziej przystępnych w pokręconej dyskografii Leprous. (O przystępności ostatniego wydawnictwa zespołu pisałam tutaj).

„The Congregation” to też początek nowego brzmienia, które pielęgnowane jest przez Leprous to tej pory. Takiego z pompatycznymi wokalami, budowaniem napięcia i skomplikowanymi przejściami. Wszystko w bardzo przemyślanym i spójnym stylu. Wcześniejsze płyty były znacznie bardziej szalone. Tak da się.

„The Congregation” to także pierwszy album z udziałem Baarda Kolstada, perkusisty, który dziś jest uznawany za jednego z najbardziej charakterystycznych i utalentowanych bębniarzy sceny progresywnej. Jakże to słychać! Jego wejście do zespołu okazało się przełomem – nie tylko technicznie, ale też kompozycyjnie.

Baard gra niezwykle precyzyjnie, powiedziałabym nawet, że sterylnie? Najpiękniejsze jest to, że ta perkusja nie dominuje. Ona jest znakomitym uzupełnieniem pozostałych instrumentów, co stanowi idealne tło dla nietuzinkowego głosu Einara Solberga.

Jeśli chodzi o pozostałe instrumenty, to na „The Congregation” pojawił się też drugi niezwykle utalentowany muzyk w postaci basisty Simena Børvena, który z kolegą od bębnów od razu dogadali się wspaniale.

W ten sposób zrodził się skład niemal idealny. Dlaczego niemal? Bo dopiero na kolejnej płycie pojawił się gitarzysta Robin Ognedal, który do tego całego brzmienia dodał swoje cudne plumkanie i nastała światłość. Jeśli możemy w ogóle mówić o światłości w muzyce Leprous.

Jezu, ale się rozpisałam. Teraz już będzie szybciutko.

Spójność, spójności

i jeszcze raz spójność

Przy okazji recenzji płyty zespołu Heriot pisałam, że żyję w chaosie. Ja jednak mimo wszystko dążę do perfekcji i w niektórych sytuacjach jestem bardzo poukładana. Dlatego też lubię, jak muzyka ma sens. Wystarczy mi tego chaosu, ja szukam ukojenia.

Leporus w swoim szaleństwie znalazł metodę. The Congregation to album, który zachwyca spójnością. Każdy utwór ma swoje miejsce, a produkcja – krystaliczna, przestrzenna, niemal laboratoryjna, co tylko podkreśla chłodną precyzję materiału. Jak w dobrze zaprojektowanym budynku. Tylko takim w stylu Franka Gehrego.

Nie ma tu miejsca na przypadek czy nieprzemyślane rozwiązania. Nawet momenty bardziej pogmatwane, jak „Red” lub „Slave”, są doskonale wyważone. Leprous nie epatuje brutalnością, a ich siła tkwi w napięciu, nie w wybuchu.

Emocje pod kontrolą

Wokal Einara Solberga zawsze był i będzie jednym z wyróżników Leprous, ale na „The Congregation” jego ekspresja osiąga nowy poziom. Słychać tutaj ogromny progres w technice śpiewania.

Zazwyczaj mówię o krystalicznie czystym głosie w odniesieniu do kobiet. W przypadku Einara Solberga spokojnie też można tak powiedzieć. Czasem myślę sobie, że jak zaśpiewa wyżej, to się udusi. Po latach słuchania tego zespołu wiem już, że nie jest to możliwe.

Chociaż w wielu momentach słychać emocjonalne zmęczenie, frustrację, niepokój w tym głosie to wokalista daje z siebie jeszcze więcej i więcej. Utwory takie jak „The Price”, „Rewind” czy „Moon” balansują na granicy między kontrolą a wybuchem, ale to właśnie ten balans sprawia, że płyta wciąga słuchacza głębiej z każdym odsłuchem.

Jak to 10 lat?

Dziesięć lat po premierze „The Congregation” pozostaje jednym z najważniejszych albumów w dorobku Leprous. To świadectwo dojrzałości, wyczucia i umiejętności opowiadania emocji bez banału. To płyta dla tych, którzy lubią analizować muzykę warstwa po warstwie. Nie tylko pod względem technicznym, ale również (a nawet przede wszystkim) emocjonalnym.

Jeśli szukasz spektakularnych refrenów, momentów euforii czy łatwej dramaturgii, prawdopodobnie cię nie porwie. Przynajmniej na początku. To nie jest album, który można włączyć w tle. „The Congregation” (jak wszystkie płyty Leprous) wymaga skupienia i czasu.

Najfajniejsze w tej płycie jest to, że ani troszkę się nie zestarzała. Powiem szczerze, że jak zespół wyskoczyła z informacją, że „The Congregation” kończy 10 lat i zagrają ją w całości na kilku koncertach, to wierzyć mi się nie chciało.

Ta płyta nadal jest świeża, nowoczesna i… bardzo dobrze wyprodukowana. Nie wiem, czy to zasługa tego, że mam jakiegoś remasterka na winylu z 2020 roku, ale chyba jednak nie, bo z portali streamingowych brzmi to podobnie. Nic nie trzeszczy, nie ma żadnych niedopowiedzeń. Po prostu czysty, doskonały dobrze zrealizowany dźwięk.

Kobieta w czarnej koszulce trzyma w dłoniach okładkę płyty winylowej zespołu Leprous pt. "The Congregation". Płyta zasłania jej twarz. Okładka w odcieniach szarości przedstawia dziwną, zniekształconą kreaturą, która albo ma wielkie oczy, albo dwie głowy i powykręcane ręce.
Leprous – „The Congregation”
okładka płyty
autor: Nihil

Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *