„Mandylion”

The Gathering

Jeśli śledzisz mojego bloga od jakiegoś czasu, to wiesz, że hobbystycznie lubię wyciągać z półki albumy, które pachną wspomnieniami, kurzem i emocjami sprzed lat. 22 sierpnia 1995 roku ukazała się płyta „Mandylion” zespołu The Gathering. Dla wielu to wydawnictwo to otwarcie drzwi do zupełnie innego wymiaru muzyki. Dziś obchodzimy jej 30. rocznicę, więc nie mogłam nie wsiąść do tej „dziwnej maszyny” i zabrać Cię w podróż do czasów, gdy świat dopiero odkrywał, jak niezwykle kobiecy głos może zmienić oblicze ciężkiej muzyki.

30 lat podróży w czasie

i głos, który zmienił wszystko

„Mandylion” to trzeci album The Gathering, ale to właśnie ten, który zdefiniował ich styl i miejsce w historii. Wszystko za sprawą nowej wokalistki – Anneke van Giersbergen. Jej obecność w zespole sprawiła, że muzyka zespołu nabrała zupełnie innego wymiaru.

The Gathering – „Mandylion”
okładka płyty
artwork: Carsten Drescher, The Gathering
design: Martijn Busink

Wcześniejsze wydawnictwa, choć interesujące, były ciężkie, doomowe, a czasem wręcz przytłaczające. Tutaj jednak pojawia się coś nowego. Kobiecy głos, który nie tylko przełamuje mrok, ale nadaje mu dodatkowej głębi. To kamień milowy, który zmienił nie tylko historię zespołu, ale i całego nurtu gothic/atmospheric metal.

Gdybym miała wymienić najlepsze wokalistki świata Anneke, na pewno znalazłaby się w czołówce. Jej absolutnie unikatowy, krystalicznie czysty głos opowiada historie, maluje obrazy i otwiera przed słuchaczem drzwi do własnego wnętrza. Jest w niej zarówno kruchość, jak i moc, która wywołuje dreszcze na całym ciele.

W ostatnim czasie na rynku pojawiło się wiele nowych, intrygujących, kobiecych głosów, jednak wrażliwość Anneke van Giersbergen jest nie do pobicia.

„I always wanted to fly in strange machines”

„Strange Machines” to utwór, który otwiera „Mandylion” i od pierwszych dźwięków zabiera nas w wybuchowo-emocjonalną przejażdżkę, która definiuje klimat całego albumu. Ciężkie riffy kontrastują z eterycznym wokalem Anneke, tworząc napięcie, które od razu wciąga w opowieść. Słuchając go, mam wrażenie, że sama siedzę w tej tytułowej maszynie czasu, a każdy dźwięk to nowy mechanizm uruchamiający podróż.
„Strange Machines” to nie tylko utwór muzycznie przełomowy. Tekst piosenki opowiada o maszynie czasu, która pozwala odwiedzić czasy Kleopatry, Beethovena, a nawet Jezusa. Ale czy naprawdę chodzi tu tylko o historyczne podróże? Wydaje mi się, że to raczej metafora naszego ludzkiego pragnienia, aby jeszcze raz przeżyć coś, co minęło. Żeby dotknąć chwil, które wymknęły się z rąk.

I tu tkwi geniusz tej piosenki. Dziś, po 30 latach od premiery „Mandylion”, mam wrażenie, że „Strange Machines” brzmi niemal proroczo. Bo czy nie jest tak, że to właśnie sztuka – muzyka, literatura, film – jest naszą najprawdziwszą maszyną czasu? Wystarczy jeden dźwięk, jeden wers, lub jeden kard, by powrócić do momentów sprzed lat, do emocji, które już dawno przeminęły. A może wcale nie…

Sztuka, która leczy samotność

Słuchając dzisiaj „Mandylion”, uświadomiłam sobie – nie pierwszy i nie ostatni raz – jak ważna jest sztuka w życiu człowieka. Artyści przekazują nam swoje emocje, często bolesne, w osobliwy sposób, abyśmy mogli interpretować je na swój sposób. Szukamy w sztuce odzwierciedlenia samych siebie, aby potem powiedzieć: „na szczęście nie tylko ja tak mam”. I nagle czujemy się mniej samotni.

W czasach, gdy internet daje nam złudzenie kontaktu, ale w praktyce relacje stają się coraz bardziej kruche, takie albumy są jak emocjonalny azyl. „Mandylion” pozwala zatrzymać się na chwilę i wsłuchać w siebie.

Odnoszę wrażenie, że warstwa tekstowa całej płyty „Mandylion”, po 30 latach jest nadal niebywale aktualna i uderza w czułe punkty ludzkiego istnienia. Wszystko uzupełnione o melancholijne pejzaże muzyczne, które sprawiają, że mogę otulić się emocjonalnym ciepłem.

Każdy utwór jest skomponowany z ogromnym wdziękiem lawirującym między ciężkością i lekkością. Nawet nie będę próbowała wymieniać najlepszych kompozycji, bo wszystkie są wspaniałe i stanowią jedną cudowną całość. Takie płyty słucha się z przyjemnością, uwagą i poświęceniem.

30 lat później…

Minęły trzy dekady, a „Mandylion” wciąż wzrusza. Każda kolejna płyta The Gathering to cała masa tulących dźwięków i wracam do nich wszystkich bardzo często. Mimo że zespół ewoluował i po wielu eksperymentach zmienił brzmienie. Nie przeszkadza mi nawet nowa wokalistka Silje Wergeland, która również potrafi dostarczyć dużo ciepła w tych chłodnych czasach.

Dla mnie The Gathering to jeden z tych zespołów, które rosną razem z człowiekiem. Gdy słuchałam ich jako nastolatka, czułam się zauroczona tajemniczością tej muzyki. Dziś – słuchając po trzydziestce – odkrywam w niej mądrość, ukojenie i poczucie, że wszystko ma sens.

To chyba właśnie dlatego wiem, że nigdy nie przestanę ich słuchać. Wracam do nich jak do bliskiej osoby – takiej, która zawsze ma dla mnie czas, wysłucha i przypomni, że wrażliwość nie jest słabością.

Podsumowanie

dlaczego musisz posłuchać?

„Mandylion” to coś więcej niż płyta. To emocjonalna podróż w czasie. To muzyka, która potrafi przytulić i ukoić nerwy.

Jeśli nie znasz tej płyty – zrób sobie prezent. A jeśli znasz ją na pamięć – włącz ją jeszcze raz, najlepiej w całości, z zamkniętymi oczami.

Bo w końcu każdy z nas potrzebuje czasem wejść do swojej „dziwnej maszyny” i przypomnieć sobie, że sztuka, w tym muzyka jest jedynym wehikułem, który naprawdę działa.

Jeśli chcesz poczytać o innych płytach sprzed lat zapraszam do nowego działu Powrót do przeszłości.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *