Ino-Rock Festival 2024
dzień II
Drugi dzień Festivalu Ino-Rock rozpoczął się bardzo gorąco. Wysokie temperatury nie przeszkadzały ani artystom, ani publiczności w świetnej zabawie. Dobór wykonawców był interesujący i zróżnicowany. Moi faworyci nie zawiedli. Zacznijmy jednak od początku.
Łysa Góra
wiedźmy z polskiej ziemi
Jako pierwszy wystąpił zespół reprezentujący nasz kraj. Bardzo dobry, energetyczny i pozytywny początek. Raczej nie zostanę fanką folkowo-metalowej Łysej Góry, ponieważ fascynację tego typu muzyką mam już za sobą. Z przykrością muszę stwierdzić, że od dłuższego czasu zespoły w tym nurcie brzmią bardzo podobnie.

Warto zwrócić uwagę na mocno wyeksponowany pierwiastek kobiecy w Łysej Górze. Na scenie byli też panowie, ale jakoś mniej widoczni. Dziewczyny (aż trzy) miały świetny kontakt z publicznością i mimo wiedźmowego wizerunku wzbudziły dużą sympatię.
Antimater
mniej znaczy więcej
Bardzo lubię zespół Antimatter. Byłam już na kilku ich koncertach i zawsze wracam z nich zadowolona. Ten na Ino-Rock tylko potwierdził, że z Brytyjczykami warto spędzić czas.
Wspaniale wspominam występ na Mystic Festiwalu. Niestety nie zostałam na nim do końca, ponieważ chciałam mieć dobre miejsce podczas występu zespołu Gojira. Błąd! Do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, bo ekipa Micka Mossa zagrała dużo lepiej niż Francuzi.
Za każdym razem, gdy Antimatter pojawia się na scenie, nie mogę wyjść z podziwu, że osoby o tak niewielkim wzroście mają tak ogromną siłę w okazywaniu emocji. Wynika to przede wszystkim z wspaniałego, głębokiego głosu Micka Mossa, ale również z niezwykle przyjemnych partii gitarowych. Nastrojowe kompozycje uzupełniają teksty piosenek, które poruszają tematy egzystencjalne i, choć często są dość ponure, to mimo wszystko wywołują pozytywne emocje.

To, co bardzo mnie cieszy w występach Antimatter, to zróżnicowane setlisty. Właściwie na każdym koncercie, na którym byłam, powtarzały się tylko nieliczne utwory (np. „Partners in Crime” i moja ulubiona „Paranova”). To pozwoliło mi się dobrze zapoznać z repertuarem Antimatter.
Podczas występu na Ino-Rock zestaw piosenek był bardzo bogaty. Sam Mick Moss wspomniał na koniec koncertu, że starali się ograniczyć rozmowy z publicznością do minimum, aby zaprezentować jak najwięcej. Uważam, że to bardzo dobrze świadczy o artystach.
Na zakończenie Brytyjczycy zagrali utwór z ostatniej płyty. „No Contact” to jedna z ciekawszych kompozycji, która otwiera album „Profusion of Thought”, który rozpoczyna ten krążek. Żałuję, że muzycy nie wykonali więcej utworów z tego wydawnictwa, ponieważ znajduje się na nim jeszcze kilka innych piosenek, które mogłyby porwać publiczność.
Cały występ oceniam bardzo pozytywnie, choć nagłośnienie mogłoby być odrobinę lepsze. Szczególnie że kolejny występ był pod tym względem fantastyczny. Z resztą był fantastyczny w każdym calu.
Sivert Høyem
norweski lew sceniczny
Już w trakcie podłączania sprzętu można było poczuć pewnego rodzaju ekscytację. Na scenie pojawił się fortepian i kilka kieliszków wina. Gdy na scenie pojawił się Sivert Høyem, po kilku sekundach uderzyła nas ogromna fala niezwykle pozytywnej energii.
Koncert rozpoczął się jednym z moich ulubionych utworów wykonawcy – „Lioness”. Perfekcyjne nagłośnienie. Piękny głos. Utalentowani muzycy, którzy świetnie czują się w swoim towarzystwie. No i znakomity kontakt z publicznością.
Sivert Høyem to lew sceniczny (niech będzie, że bez grzywy!). Nawet w trakcie wykonywania ckliwych ballad. Tu nie zabrakło pięknego utworu z ostatniej płyty pod tytułem „Two Green Feathers” oraz starszego „My Thieving Heart”.

Zespół wykonał bardzo przyjemny repertuar, mieszając bardziej spokojne piosenki z tymi bardziej energetycznymi, jak „Sleepwalking Man”. Aranżacje utworów na żywo wypadły mocniej, bardziej rockowo niż na płytach, ale były też momenty bardziej romantyczne.
Wszystko to w skromnej, ale bardzo dobrze pasującej do warstwy muzycznej oprawie scenicznej. Wisienką na torcie było wykonanie utworu „Majesty” z repertuaru zespołu Madrugada, z którym Sivert Høyem rozpoczął swoją karierę muzyczną. Był to zdecydowanie bardzo miły akcent na zakończenie koncertu.
W mojej opinii był to najlepszy koncert tego dnia. Chcę jeszcze raz.
Michał Łapaj i goście
zdecydowanie nie Riverside
Jeśli słuchasz Riverside, to wiesz, że zespół ten nie ma fanów. Riverside ma wyznawców. Moim zdaniem nie bez powodu. Wpływ Riverside na współczesną muzykę progresywno-rockową, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, jest ogromny. Oczywiście w Inowrocławiu nie zabrakło wyznawców Riverside.
Z twórczością solową Michała Łapaja powiem szczerze, że jestem średnio zapoznana. Płytę „Are You There” przesłuchałam tylko i wyłącznie ze względu na gościnne wokale Beli Komoszyńskiej (Sorry Boys) i Micka Mossa (Antimatter). Ten drugi oczywiście pojawił się na scenie w dwóch utworach, w końcowej części koncertu.
Nie do końca moje klimaty, choć muzyka elektroniczna była ciekawą odmianą stylistyczną tego dnia. Niewątpliwie mogliśmy zobaczyć ogromne umiejętności Michała, które w muzyce Riverside brzmią odrobinę inaczej.

Wydaje mi się jednak, że był to przedsmak możliwości, które ma Michał. Moim marzeniem (mimo że fanką muzyki klubowej nie jestem) jest usłyszeć, jak artysta rozkręca taneczną imprezę. Więcej basów, proszę.
Jestem przekonana, że Michał Łapaj ma jeszcze szansę przekonać mnie do muzyki elektronicznej. Jego występ był dla mnie odrobinę zbyt melancholijny. Perkusista był boski.
Ray Wilson
prawie jak Genesis
Cóż mogę powiedzieć o tym artyście? A to, że nagrał jedną płytę z zespołem Genesis i że mieszka w Poznaniu. W związku z tym, że sama pochodzę z Poznania, na koncertach szkota byłam dziesiątki razy. Mimo to jego twórczość solowa nie jest mi specjalnie bliska.
Za to muzyka Genesis wręcz przeciwnie. Dlatego też koncert bardzo mi się podobał. Ray Wilson postawił bowiem głównie na utwory tego właśnie zespołu.
Biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie nigdy nie będzie mi już dane zobaczyć na żywo muzyków Genesis w jakimkolwiek składzie, jest to taka miła alternatywa. Szczególnie dla osób, które płytę „Calling All Stations” lubią, a ja lubię bardzo.
Miałam 6 lat, gdy się ukazała, i był to mój pierwszy kontakt z Genesis. Z wielką ekscytacją oglądaliśmy w rodzinnym gronie transmisję telewizyjną koncertu w katowickim Spodku w roku 1998.

Wracając do roku 2024 i Inowrocławia. Występ Raya Wilsona oceniam bardzo dobrze. Z przyjemnością odśpiewałam większość piosenek. Szczególnie ucieszyło mnie wykonanie „Home by the Sea”, choć byłabym jeszcze bardziej radosna, gdyby wersja Raya była coś więcej niż poprawna.
Zamiast tego w bardzo dobrze wybrzmiało „In The Air Tonight” Phila Collinsa, i tu muszę przyznać, że było to bardzo miłym zaskoczeniem. Fantastycznie wypadło również „Calling All Stations”. Bardzo przyjemny koncert.
Drugi dzień Ino-Rock
podsumowanie
Jak oceniam drugi dzień Ino-Rock Festival? Bardzo dobrze. Mój faworyt to oczywiście Sivert Høyem. Niesamowity artysta. Zaraz po nim Genesis. Znaczy, Ray Wilson.
A jeśli chcesz dowiedzieć się jak było pierwszego dnia, to możesz sprawdzić to tutaj.
Podoba Ci się moja
radosna twórczość?
Zaobserwuj mnie na Facebooku i Instagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.
Dzięki, że jesteś!
Magdalena 🙂


