„A Trick of the Tail”

Genesis

13 lutego 1976 roku ukazała się płyta Genesis „A Trick of the Tail”. To znaczy, że dokładnie pół wieku temu stworzono dzieło, które nie tylko uratowało zespół po odejściu Petera Gabriela, ale również zdefiniowało nowy rozdział w jego historii.

„A Trick of the Tail” to nietylko kolejny album Genesis. To moment przełomowy, w którym zespół udowodnił, że kreatywność, śmiałość i muzyczna tożsamość są silniejsze niż jakiekolwiek personalne perturbacje.

Okładka płyty Genesis - „A Trick of the Tail”
Genesis – „A Trick of the Tail”
okładka płyty
autor: Colin Elgie

Poszukiwania nowego wokalisty

Latem 1975 roku świat muzyczny wstrzymał na chwilę oddech. 16 sierpnia w czasopiśmie „Melody Maker” ukazała się informacja o odejściu Petera Gabriela z Genesis. Wokalista był twarzą teatralnych, surrealistycznych kompozycji, które uczyniły zespół jedną z najważniejszych grup lat 70. Wyrok wydawał się jasny: „Genesis jest skończone”. Prasa pisała o zespole w czasie przeszłym, a fani z niedowierzaniem patrzyli na czteroosobowy skład, który został na placu boju.

Mimo to zespół już w październiku rozpoczął nagrania nowej płyty w londyńskich Trident Studios. Muzycy nie mieli pojęcia, kto zastąpi Petera Gabriela i czy w ogóle ktoś będzie im potrzebny. Przesłuchania na jego stanowisko rozpoczęły się w momencie, gdy cały album „A Trick of the Tail” był już nagrany w wersji instrumentalnej.

Na przesłuchaniach pojawił się między innymi: Bernie Frost (brytyjski wokalista i gitarzysta znany z wieloletniej współpracy przy tworzeniu utworów dla Status Quo), Steve Gould z zespołu Rare Bird oraz Mick Strickland.

Przełom nastąpił przy „Squonk”. Phil Collins miał swoją wizję, jak ten utwór ma być zaśpiewany, więc sam stanął przed mikrofonem. Okazało się, że głos, który do tej pory udzielał się jako dodatkowy wokalista, niepotrzebnie cały czas siedzi tylko za zestawem perkusyjnym.

Tak nastała nowa era Genesis.

„Taniec na wulkanie”

i senne marzenia w lesie pełnym wróżek

„A Trick of the Tail” otwiera utwór „Dance on a Volcano”. Ten poplątany, ale też bardzo energetyczny utwór to dowód, że Genesis nie zamierza kończyć swojej działalności. Od pierwszych sekund uderzają nas dynamiczne przejścia i szalone metrum, które tworzą atmosferę zaciekawienia. Czyżby zespół faktycznie był w znakomitej formie, mimo odejścia tak istotnego członka?

Zupełnie inny, niemal senny nastrój wprowadza „Entangled”. To balladowy kontrast, w którym łagodna melodia wciąga słuchacza w senne marzenia. Tony Banks i Steve Hackett stworzyli tu misterną konstrukcję, splatając brzmienie gitary z subtelnymi warstwami klawiszowymi. Finał utworu to prawdziwa magia. Cudowna partia Tony’ego Banksa na syntezatorze ARP Pro Soloist brzmi niemal jak śpiew leśnych wróżek. To jeden z tych momentów na płycie, który udowadnia, że Genesis nie straciło swojej baśniowej wrażliwości.

Pierwsze teledyski

„z prawdziwego zdarzenia”

Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, jak wyglądały teledyski w latach 70. Ja myślę, że to jest temat na jakiś osobny artykuł. Przy okazji „A Trick of the Tail” Genesis po raz pierwszy zdecydowali się na tę formę promocji. Nakręcono 3 teledyski, z czego o dwóch warto wspomnieć kilka słów więcej.

„Robbery, Assault and Battery”

Siedź wygodnie, bo właśnie zostałeś częścią nikczemnego planu. „Robbery, Assault and Battery” to najbardziej teatralny i humorystyczny utwór na płycie. Phil Collins wykorzystuje swoje aktorskie zacięcie, aby wcielić się w różne postacie, które uczestniczą w napadzie.

Teledysk to niezła gratka. Jeśli lubisz filmy z cyklu „Gang Olsena”, to pewnie Cię zauroczy. Warto obejrzeć dla samej sceny mordu.

„A Trick of the Tail”

Mam nadzieję, że nadal siedzisz wygodnie, bo teraz czekają na ciebie efekty specjalne na miarę lat 70. Phil Collins kurczy się do rozmiarów, które pozwalają mu na wygibasy na poszczególnych instrumentach, a Steve Hackett ma rękę potwora. Cóż chcieć więcej? No może zobaczyć wesołe twarze muzyków Genesis, które raczej nie świadczą o smutku spowodowanym brakiem w składzie.

„Sail away, away…”

Jak stworzyć balladę idealną? Trzeba ją zagrać na dwóch 12-strunowych gitarach akustycznych i pianinie. Wykończyć jeszcze partią na gitarze elektrycznej i napisać melancholijny tekst.

Kwintesencją emocji na „A Trick of the Tail” jest zdecydowanie utwór „Ripples”. Tym razem na wyżyny swoich umiejętności kompozycyjnych wspiął się Mike Rutherford. Linie akustycznej gitary przeplatają się tu z melancholijnymi partiami fortepianu, a fraza „Sail away, away. Ripples never come back” stała się jedną z najbardziej ikonicznych w historii grupy.

To głęboka refleksja nad nieuchronnym upływem czasu i przemijaniem piękna. Do utworu również powstał teledysk. Tym razem wykorzystano przenikanie obrazów i zbliżenia na twarze muzyków, co w 1976 roku nie było dość popularne.

„Los Endos”

Całą opowieść zamyka instrumentalne podsumowanie całej płyty. „Los Endos”, to utwór, który spaja motywy z całego albumu w jedną, epicką klamrę. Ta kompozycja pełna instrumentalnej wirtuozerii jest hołdem dla przeszłości. Wprawne ucho wyłapie w niej motywy z wcześniejszych fragmentów płyty, a nawet nawiązania do ery Petera Gabriela. To finał, który nie pozostawia złudzeń: tu nic się nie kończy, tu zaczyna się zupełnie nowy rozdział.

Magia na scenie

Po odejściu Petera Gabriela i przejęciu mikrofonu przez Phila Collinsa, Genesis musiało stawić czoła dodatkowym trudnościom. W studio było oczywiste, kto zagra na perkusji. Niestety podczas koncertów nie było już to takie proste.

Rozwiązaniem okazało się zaproszenie na trasę koncertową Billa Bruforda (Yes, King Crimson). Później zastąpił go Chester Thompson. Tak narodziła się legenda „duetów perkusyjnych”. Momenty koncertów, gdy dwie perkusje grały synchronicznie, wbijały fanów w fotele.

A jak na froncie sceny odnalazł się Phil Collins? Błyskawicznie. Porzucił maski Petera Gabriela na rzecz naturalności, humoru i bezpośredniego kontaktu z publicznością. To stało się kolejnym ważnym elementem późniejszych sukcesów zespołu.

Most między światami

50 lat później „A Trick of the Tail” wciąż lśni. Stał się idealnym mostem między różnymi światami. Gdy na niego wchodzę, czuję baśniową i progresywną stylistykę lat 70., ale z jego drugiej strony dochodzą już dźwięki wielkich hitów, które w latach 80. zdominowały listy przebojów. Jedni będą mówić, że Genesis skończył się w momencie odejścia Petera Gabriela, ale cyferki mówią same za siebie. Największy sukces komercyjny zespołu miał przyjść później. Ze śpiewającym Philem Collinsem.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *