„Song Sung Blue”
miłosna historia, którą stworzyły utwory Neila Diamonda
Moja Strona Rocka to miejsce, w którym zbieram muzyczne przeżycia. Nie zawsze musi być to recenzja płyty, czy relacja z koncertu. Kiedyś pisałam o 66. ceremonii wręczenia Oscarów. Tym razem będzie recenzja filmu.
„Song Sung Blue” to prawdziwa historia o dwójce nie tak młodych ludzi, których połączyła miłość do muzyki… głównie Neila Diamonda. Polecam ten film każdemu. Wcale nie musisz być fanem tego amerykańskiego piosenkarza. I tak pewnie znasz większość tych piosenek.
Lightning i Thunder
grają Neila Diamonda
Mike Sardina jest alkoholikiem. Pracuje jako mechanik samochodowy, ale to muzyka powoduje, że od 20 lat nie sięga po butelkę. Występuje na różnych chałturach, wcielając się w rolę znanych i lubianych wykonawców. Na plecach nosi kurtę z wyszytą błyskawicą i każe mówić do siebie Lightning. Bo tak naprawdę jest artystą, który ma zabawiać publiczność.
W tej roli znakomity Hugh Jackman, który po raz kolejny udowadnia, że nie tylko umie grać, ale też śpiewać. Ze swoją twarzą pokrytą zmarszczkami, chodząc po domu w niepociągających gaciach, skradnie twoje serce już od pierwszego ujęcia. Zresztą nie tylko Twoje.
Przed jednym z występów Lightning poznaje niebywale utalentowaną Claire. Fryzjerkę, która chce śpiewać. I która tak jak Ty od razu zakochuje się w dziwacznym artyście.
Razem zakładają duet Lightning and Thunder, który gra największe przeboje Neila Diamonda. Mówią, że nie są kolejnym cover bandem. Oni reinterpretują te utwory po swojemu.
Za kreację Claire odpowiada Kate Hudson, która w końcu zrywa etykietę słodkiej dziewczyny z kiepskich komedii romantycznych. Pokazuje nam za to wizerunek dojrzałej kobiety, która ma na koncie wzloty i upadki, ale nie przestaje walczyć o własne marzenia.
Claire i Mike tworzą nietuzinkowy duet w życiu i na scenie. To jednak nie przeszkadza, aby związek był zdrowy i pełny uczucia. Podczas seansu „Song Sung Blue” poczujesz dużo ciepła i życzliwości. Zobaczysz, że relacje międzyludzkie nie muszą być toksyczne i z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, zawsze jest jakieś wyjście. A wszystko to w towarzystwie tych mniej i bardziej znanych kompozycji Neila Diamona w wykonaniu Ligtning and Thunder.
Takiego filmu potrzebowałam
Od dłuższego czasu ze zgrozą obserwuję kino amerykańskie. Bardzo długo czekałam na film, w którym nie będzie mordobicia, zmieniającego się jak w kalejdoskopie CGI i scenariusza napisanego na kolanie.
Czekałam na film dla ludzi o innych ludziach. Taki, który wzruszy, zainspiruje i będzie dobrą zabawą. W końcu amerykanie podarowali mi „Song Sung Blue”. Obraz ludzi, którzy nie mieli wesoło, ale się nie poddali.
Od razu zaznaczę. Nie jest to film, w którym zobaczysz ambitną historię, emocjonalne fajerwerki i zatrzymującą dech w piersiach akcję. Zamiast tego Craig Brewer (scenariusz i reżyseria) serwuje prostą, ale niezwykle urzekającą opowieść o miłości z muzycznym tłem.
Do tej pory nie mogę dojść do tego, jakim cudem trafiłam na informację, że w kinach pojawił się „Song Sung Blue”. Mam wrażenie, że jest to produkcja, która w Polsce nie ma żadnej reklamy. Wielka szkoda, bo warto ten film zobaczyć. Szczególnie że miał premierę 26 grudnia i zaraz może zniknąć z ekranów kin.
Dlatego bierz dziewczynę lub chłopaka i marsz do kina! Nie zapomnij wziąć chusteczek higienicznych.
Podoba Ci się moja
radosna twórczość?
Zaobserwuj mnie na Facebooku i Instagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.
Dzięki, że jesteś!
Magdalena 🙂



Świetna recenzja.
Dziękuję bardzo drogi anonimie 🙂