„Greif”

Zeal & Ardor

Letni sezon koncertowy rozpoczął się już jakiś czas temu. Za nami kilka koncertów wielkich gwiazd i festiwali wypełnionych różnorodną stylistycznie muzyką. To jednak dopiero początek sezonu festiwalowego. Przed nami jeszcze większe i mniejsze wydarzenia muzyczne.

Wielkimi krokami zbliża się Pol’and’Rock Festival, który niestety nie przekonał mnie specjalnie swoją ofertą. Jeśli chodzi o wykonawców, którzy mogliby mnie zainteresować, to na liście bardziej popularnych zespołów znajduje się Paradise Lost i Fear Factory. Z troszkę mniej znanych, ale interesujących pozycji wymieniłabym Static-X i Zeal & Ardor.

Trzy pierwsze zespoły znajdują się również na liście wykonawców czeskiego Brutal Assault, na który się wybieram, więc trochę średnio mnie zainteresowały. W ten sposób czarnym koniem, wśród artystów, dla których pojechałabym na Pol’and’Rock stał się Zeal & Ardor.

Krótka historia zespołu

Zeal & Ardor powstał w 2013 roku z intrygującego eksperymentu muzycznego. Manuel Gagneux – szwajcarsko-amerykańskiego muzyk – opublikował swoją muzykę na forum 4chan, aby uzyskać szczerą opinię na jej temat. Prosił również użytkowników o podanie dwóch skrajnie odmiennych gatunków muzycznych, na podstawie których mógłby stworzyć w pół godziny nową piosenkę.

Wszystko dla pobudzenia jego kreatywności!

Jeden z użytkowników zaproponował black metal, inny muzykę afroamerykańską. Propozycja wydała się wyjątkowo interesująca, szczególnie że Manuel Gagneux w połowie jest Szwajcarem, a w połowie Afroamerykaninem. Tak powstał zespół Zeal & Ardor.

Ta opowiedziana w dużym skrócie historia świetnie opisuje styl, jaki prezentuje Zeal & Ardor. Jest to mieszanka ogromnej ilości stylów połączona w wyjątkowo zręczny sposób. Moje narządy słuchu są jednak dość wymagające i z tej twórczości wybrałam tylko kilka bardziej rozbudowanych kompozycji, a o reszcie trochę zapomniałam.

Sytuacja zmieniła się, gdy Zeal & Ardor opublikował w zeszłym roku „Greif” i ukontentował moją wrażliwszą stronę czarnego serduszka.

Drobne zmiany mają znaczenie

„Greif” na tle wcześniejszych wydawnictw Zeal & Ardor wyróżnia to, że po raz pierwszy w nagraniach uczestniczył cały zespół. Do tej pory Manuel Gagneux nagrywał niemal wszystkie instrumenty sam. Towarzyszył mu tylko perkusista Marco Von Allmen.

Zdecydowanie to na tej płycie słychać. Mamy jeszcze więcej inspiracji muzycznych, więcej wpływów i przede wszystkim ambicję innych muzyków. Dzięki temu na „Greif” wypełniono wszystkie luki, które słyszałam na innych albumach. Jednocześnie brzmienie utraciło trochę surowości, ale wydaje mi się, że w tym wypadku na korzyść.

Płyta jest zwyczajnie znakomicie wyprodukowana. To sprawia, że zespół wskoczył zdecydowanie level (jeśli nie kilka) wyżej i nie należy moim zdaniem go już traktować jako zespół niszowy.

Vogel Gryff

Co roku w Bazylei (rodzinnym mieście Manuela Gagneuxa) setki ludzi gromadzą się, aby podziwiać trzy heraldyczne istoty tańczące na ulicach miasta. Vogel Gryff (gryf), Wild Maa (dziki człowiek) i Leu (lew). To właśnie one w styczniu zabawiają publiczność. Jedną z atrakcji jest podobnież to, że Gryf pokazuje ludziom zadek. Przypadek?

Zeal & Ardor – „Greif” okładka płyty zdjęcie: Marco von Allmen design: Noé Herrmann, Manuel Gagneux

Nie muszę chyba tłumaczyć, co było inspiracją przy tworzeniu płyty. Gryfa bowiem znajdziemy w tytule płyty, na jej okładce, a karnawałowe dźwięki wybrzmiewają na otwarciu albumu.

Dalsza część albumu nie jest już tak kolorowa. Z końcem utworu „Fend You Off” zarzynamy bowiem wycieczkę po przeróżnych gatunkach muzycznych: od klasycznego rocka i metalu z nutką awangardy, poprzez melancholijne ballady i zręczny romans z black metalem i gospelem.

Fani poprzednich płyt Zeal & Ardor prawdopodobnie będą troszkę zawiedzeni. Black metalu na tej płycie jest najmniej i jest go też zdecydowanie mniej niż na poprzednich albumach. Mimo wszystko uważam, że pierdolnięcia nie brakuje, mało tego elementy kulminacyjne pojawiają się w najbardziej wyczekiwanych momentach.

Zabawa dźwiękiem

Zamknij grupę innowierców w kościele i każ im śpiewać gospel. „Go home my friend” pokazuje, że zespół lubi się bawić dźwiękiem i korzysta z przeróżnych metod, tych mniej i bardziej wyszukanych. W tym króciutkim utworze usłyszymy świetne chórki i moje ulubione… tępe organki.

Wszystko po to, by w kolejnym utworze „Clawing out” zamienić taką troszkę gospelową formę w diaboliczny chór. Kolejny dowód na to, że zespół nie boi się niczego.

Wrażliwe granko dla mrocznych serduszek

Fakty są takie: ja bardzo lubię czasem posłuchać darcia mordy, ale jednak jestem wrażliwcem. Dlatego też jak zespół, który tworzy muzykę raczej dziwaczną, raczej surową i raczej do pogibania się w pogo, niż do zatopienia się w marzeniach, wjeżdża na salony z takim kawałkiem jak „Solace”, to robi mi się miło na duszy.

Zdecydowanie kompozycja ta wyróżnia się na „Greif”, bo chyba jest najbardziej rozbudowana, najbardziej emocjonalna i korzysta z innych źródeł niż pozostała część płyty. Pierwsze moje skojarzenia to Queen i Pink Floyd, ale mamy tu też poukrywane smaczki jak ze ścieżki dźwiękowej z filmu noir. Wspaniałość!

Budujące napięcie kontrasty

Na „Greif” znajdziemy kilka miejsc, gdzie gatunki mieszają się w bardzo sprzeczny sposób. Mamy na przykład kosmiczną elektronikę w „une ville vide”, która oddziela energetyczne „Thrill” i „Sugarcoat”, do których można potupać nóżką w domu, a poskakać na koncercie.

Mamy też bardzo ciekawą końcówkę płyty, na której metalowy hymn zderza się z ckliwą balladą. Mowa tutaj o kompozycji „Hide in Shade”, którą można uznać za wizytówkę Zeal & Ardor i kończący płytę utwór „to my ilk”.

„Hide in Shade” to kompozycja, która łączy te charakterystyczne dla zespołu gospelowe nutki z metalowymi riffami i wtłacza black metalowe partie, jakby artyści chcieli przekonać szerszą publiczność, że gatunek ten jest fajny. No i mają w sumie rację. Życzę im powodzenia.

Utwór „to my ilk” za to kojarzy mi się z piosenką Fleetwood Mac „Big Love”, tylko w zwolnionym tempie. Być może dlatego, że w zeszłym tygodniu pisałam o tym zespole, a gitara Lindseya Buckingham’a wryła mi się w mózg. Przesłuchałam jednak te dwie piosenki jedna po drugiej kilka razy i nadal tak uważam.

Piękny, dziwny i szczery „Greif”

„Greif” jest płytą, którą trudno zaszufladkować. Tak jak cała twórczość Zeal & Ardor. Właśnie to jest w tej muzyce wspaniałe. Z jednej strony słychać majestat, z drugiej niepokój, a wszystko z nutą teatralnego widowiska. To tworzy ciekawe połączenia piękna, osobliwości i szczerości.

Album bawi się emocjami i gatunkami, ale nigdy nie brzmi jak przypadkowa składanka. To świadome rozszczepienie dźwięku na wiele światów jest dowodem, że muzyka w dzisiejszych czasach wcale nie jest nudna.

Jeśli masz otwarte uszy i serce na dźwięki z pogranicza światów – ta płyta jest dla Ciebie. Jeśli nie… cóż, nawet „Greif” nie dogodzi każdemu. Ale przynajmniej zrobi to z klasą i wdziękiem.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *