Karnivool

Intervals

Gdyby w 2024 roku ktoś mi powiedział, że w najbliższym czasie usłyszę na żywo Karnivool aż dwa razy, to powiedziałabym tej osobie, że fajnie mieć marzenia. Tymczasem nie tylko w sierpniu 2025 roku zobaczyłam Australijczyków na Brutal Assault, ale dostałam od zespołu piękną nową płytę „In Verses” i jeszcze zaliczyłam koncert w warszawskiej Progresji w poprzedni poniedziałek.

Dajcie żyć! Tyle szczęścia w tak krótkim czasie.

Biorąc pod uwagę, jak liczna publiczność zebrała się pod sceną w stolicy, nie jestem jedyną osobą, która czekała na powrót Karnivool. Wieczór spędziłam znakomicie, a wszystko zaczęło się od…

Intervals

Wydaje mi się, że artyści, którzy wykonują metalową muzykę instrumentalną to kosmici. Serio. I piszę to w jak najbardziej pozytywnym tonie.

Repertuar Intervals nie był mi jakoś specjalnie znany przed koncertem. Po prostu puściłam sobie coś kilka razy, żeby leciało w tle do różnych, codziennych obowiązków. Nie zdążyłam więc wyrobić sobie lepszego zdania niż „całkiem spoko”.

Na żywo natomiast Kanadyjczycy zrobili na mnie piorunujące wrażenie. Dosłownie. Jakby przez scenę przeszło tornado.

Karnivool, Intervals – Warszawa, Progresja - Intervals

Od razu skojarzył mi się zeszłoroczny koncert Tesseract. Jako support wystąpili wtedy panowie z The Omnific. Tam mieliśmy dwa basy i perkusję. W poniedziałek sponiewierały mnie dwie siedmiostrunowe gitary, energetyczna perkusja i bas wywracający jelita na drugą stronę.

Znakomite otwarcie. Szczególnie druga połowa występu. Powiedziałabym nawet, że Intervals nie tylko świetnie rozgrzali publiczność, ale również bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę. Czasem (nawet często) tego typu występy kradną główne show.

Karnivool

Nie mogę powiedzieć, że czekałam na ten koncert jak na prezent na dzień dziecka. Już wspomniałam wcześniej, że Karnivool udało mi się zobaczyć w zeszłym roku na Brutal Assault. Po tamtym występie czułam tylko i wyłącznie niedosyt, bo było zbyt krótko.

Miałam świadomość, że w poniedziałek usłyszę głównie utwory z nowej płyty i nie było mi jakoś szkoda, bo sentymentalne starocie już wyśpiewałam w Czechach, a „In Verses” zachwyciło mnie na tyle, że chciałam posłuchać nowego materiału.

Występ rozpoczął się tak samo jak nowy materiał, czyli od utworu „Ghost”. Jeszcze zanim wybrzmiały pierwsze wersy, na scenie pojawił się bosostopy gitarzysta Drew Goddard z kieliszkiem wina w dłoni. Ten obrazek mówił jedno: mimo że Karnivool mieli przerwę, nadal czują się na scenie jak w domu.

Gdy na deskach Progresji w tanecznym rytmie zaczął spacerować wokalista Ian Kenny, wiadomo było, że będzie dużo zabawy. I faktycznie. Stelista składała się z tych najbardziej skocznych kawałków z nowego wydawnictwa poprzeplatanych z klasykami z poprzednich płyt.

Karnivool, Intervals – Warszawa, Progresja - Karnivool

Największą radość dała końcówka występu. Tutaj pojawiły się aż trzy klasyki, które doprowadziły publiczność do totalnego szaleństwa. „Themata”, „Roquefort” i „New Day” wywołały salwę ogromnych oklasków, toteż zespół nie kazał długo czekać na ostateczny finish.

Występ Karnivool nie mógł się zakończyć inaczej niż płyta „In Verses”. Uważam, że „Opal” i „Salva” to najpiękniejsze utwory tego roku i nie wiem, czy coś jest w stanie to zmienić. Cieszę się, że zespół pozostawił te dwie kompozycje jako wisienkę na bardzo smacznym torcie, który pożarłam tamtego wieczoru.

Żeby nie było tak zupełnie kolorowo, to muszę się do czegoś przyczepić. Były momenty, w których dźwięk pozostawiał wiele do życzenia. Nie wiem, czy była to wizja dźwiękowca, czy ilości rozkrzyczanych gardeł. Troszkę szkoda, bo wiele pięknych momentów poodbijało się echem od ścian i zginęło ostatecznie w jakiejś próżni.

It’s so good to see…

Wielki powrót Karnivool podsumowałbym, zmieniając słowa utworu „Themata”, który wyśpiewany był tak głośno, że ledwo było słychać sam zespół: It’s so good to see Karnivool is alive. Nadałabym oczywiście piosence mniej gorzki wydźwięk, bo jak zacytowałam słowa jednego z fanów w recenzji „In Verses”, świat jest lepszym miejscem, gdy Karnivool tworzy muzykę.

Gdy powolutku zmierzałam w stronę wyjścia z klubu, obserwowałam piękne, uśmiechnięte twarze pozostałych ludzi. To dowód na to, że zarówno Intervals, jak i Karnivool dali dużo radości.

Nie pozostaje mi nic innego jak modlić się o inspiracje dla Australijczyków, żeby nie kazali nam znowu czekać 100 lat na kolejną płytę i koncert… i przy okazji podziękować Knock Out Productions za ten miły wieczór!


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *