Fish

Jesienią Fish (szkocki wokalista, nie jeden z Waglewskich) oczarował publiczność w trakcie pożegnalnej trasy koncertowej. W Polsce zatrzymał się aż w trzech miastach – Wrocławiu, Warszawie i Krakowie. Ja, w towarzystwie licznych członków rodziny, wybrałam się do Warszawy.

„Do you remember…”

Tymi słowami rozpoczyna się prawdopodobnie najpopularniejsza piosenka Marillion. Jeśli nie znasz „Kayleigh”, to się nie przyznawaj. Chociaż i tak wiem, że znasz, nawet jak o tym nie wiesz.

Był rok 1985 i jeszcze nie było mnie na świecie, ale właśnie ta piosenka królowała na listach przebojów. Fish z Marillion występował do 1988 roku (nadal nie było mnie na świecie). W kolejnych latach nagrywał już solo lub gościnnie u kilku artystów.

Ostatnia płyta Fisha ukazała się w 2020 roku („Weltschmerz”). W swoim solowym dorobku artystycznym ma 11 płyt studyjnych, kilkanaście koncertowych (w tym kilka z koncertów w Polsce) i kilka kompilacji. Było zatem z czego wybierać na pożegnalny występ.

Wielki artysta

w spodniach w szkocką kratę

Fish urodził się w Edynburgu jako Derek William Dick. Jego cechy charakterystyczne to spodnie w kratę, poczucie humoru i długie nogi. Jego budowa ciała zdecydowanie idzie w parze z wyobraźnią muzyczną. Tą możemy usłyszeć przede wszystkim w rozbudowanych tekstach.

Twórczość Fisha to głównie koncept albumy, które mają w sobie coś teatralnego (uwaga, ciekawostka*). Nagrania przepełnione filozoficznymi przemyśleniami w towarzystwie progresywno rockowych gitar i szkockiego folkloru na pewno były inspiracją dla wielu młodszych artystów.

Był to mój pierwszy i niestety ostatni koncert Fisha. No, chyba że będzie się żegnał z publicznością przez kolejne dwadzieścia lat. Niestety szczerze wątpię. Po występie było widać, że jest bardzo zdeterminowany, aby odejść na zasłużoną emeryturę.

Niezapomniany występ

Podczas koncertu na pierwszym planie była muzyka. Nie było jakiejś wyszukanej scenografii ani spektakularnego oświetlenia. Był tylko telebim z wizualizacjami i to w zupełności wystarczyło. Nie zabrakło spodni w szkocką kratę. Do tego utalentowana wokalistka wspierająca Fisha na scenie, ubrana w mundurek chłopca z okładki „Misplaced Childhood” Marillion.

Wybrzmiały najważniejsze dla artysty utwory, a między nimi wiele nostalgicznych opowieści. Usłyszeliśmy cały przekrój twórczości szkota. To, co uderzyło mnie najmocniej to nienaganna dykcja Fisha podczas wykonywania utworów.

Od jakiegoś czasu obserwuję dziwną manierę wśród wokalistów. Śpiewają oni tak niewyraźnie, że nie sposób tego zrozumieć. I nie piszę tu o black metalu. Tymczasem 66-letni Fish daje z siebie na scenie wszystko. Mimo że między piosenkami ma zadyszkę, grzecznie wyciera się szalikiem i śpiewa dalej. Bez żadnej skazy.

„Raingods With Zippos”

Płyta „Raingods With Zippos” jest moją ulubioną z repertuaru Fisha. Ucieszyło mnie więc niezwykle, że cała druga połowa tej płyty wybrzmiała na tym koncercie. Zabrakło mi tylko szkockiego „Tumbledown”. Będę musiała jakoś z tym żyć. Tak samo, jak, z tym że pewnie nigdy nie usłyszę na żywo „Echoes” Pink Floyd. Chociaż tutaj jeszcze się oszukuję.

Fish Warszawa Progresja

A gdzie

Marillion?

Było. Największe hity z repertuaru Marillion również zaprezentowano. Wszyscy odśpiewaliśmy wzorowo „Kayleigh”, „Lavender” i „Heart of Lothian”. Były jeszcze inne pozycje, ale w końcu był to koncert Fisha. Artysta mógłby spokojnie zagrać jeszcze trzy takie koncerty z zupełnie inną set listą.

Trochę smutno

Cieszę się bardzo, że w porę doceniłam twórczość Fisha. Dzięki temu zdążyłam usłyszeć te piękne kompozycje na żywo. Wygląda na to, że faktycznie była to ostatnia okazja.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *