„Sleepless Empire”

Lacuna Coil

W walentynkowe popołudnie spontanicznie udałam się do popularnego sklepu z płytami. Cel był prosty. Zrobić sobie prezent, bo każda okazja jest dobra, aby zrobić dla siebie coś miłego.

Nie miałam zbyt dużych oczekiwań na temat zaopatrzenia w owym sklepie. Wybór jak zawsze był marny, więc zdecydowałam się na dwie nowości, których w sumie nie planowałam kupić. Gdy zobaczyłam jednak te wydawnictwa obok siebie na półce, to tak trochę się zaśmiałam pod nosem. Pomyślałam sobie, że to chyba jakieś przeznaczenie.

Kilka nut o…

bezsenności

Od lat zmagam się z bezsennością. Czasem bywa lepiej, ostatnimi czasy gorzej. Okazuje się, że problem dotyka chyba całego świata, bo w lutym wyszły takie oto dwie płyty, które zasiliły moją kolekcję:

Dream Theater — „Parasomnia” (7 lutego 2025),
Lacuna Coil — „Sleepless Empire” (14 lutego 2025).

W pierwszej kolejności postanowiłam napisać właśnie o „Sleepless Empire”, ponieważ płyta ta nie wymaga jakiejś większej analizy. Z nowym Dream Theater dopiero się poznajemy. Na obiektywną opinię przyjdzie jeszcze czas.

Lacuna Coil

gotycki metal z Mediolanu

Zanim przejdę do mojej opinii na temat „Sleepless Empire” uważam, że muszę powiedzieć trochę na temat mojej przygody z zespołem. Lacuna Coil powstała w 1994 roku. Największą popularność zyskała jednak po wydaniu albumu „Comalies” w 2002 roku. Ja również polubiłam ich właśnie za to wydawnictwo. Z moich obliczeń wynika, że było to gdzieś między 2002 a 2005 rokiem.

W tamtym czasie byłam zbuntowaną nastolatką, która już słuchała muzyki rockowej, ale płyty Taty to było za mało. Szukałam mocniejszych dźwięków. Z ogromnym zaciekawieniem wpatrywałam się w ekran telewizora, na którym po godzinie 22 niemiecka VIVA serwowała metalowe kawałki. 

Były to też czasy, kiedy dość dużą popularnością cieszył się metal gotycki i symfoniczny. Pamiętam jak dziś moją fascynację tego typu muzyką. Dla dojrzewającej dziewczynki, kobiety śpiewające w zespołach metalowych, to było coś niezwykłego. Wymienię tu teraz trzy utwory, które prawdopodobnie zmieniły moje życie. Przynajmniej wtedy mi się tak wydawało.

Within Temptation — „Ice Queen” (z płyty „Mother Earth”),
Nightwish — „Nemo” (z płyty „Once”),
Lacuna Coil — „Heaven’s A Lie” (z płyty „Comalies”).

Ku mojej ogromnej, dziecięcej radości, Tacie też się te nagrania spodobały. Tym oto sposobem płyty, na których utwory wydano, znalazły się w naszej kolekcji. Niech mnie Tata poprawi. Jestem głęboko przekonana, że właśnie te trzy wydawnictwa były pierwszymi, które mi kupił.

W tym całym gotyku i metalu symfonicznym Lacuna Coil zdecydowanie zawsze się wyróżniała. Tak z resztą pozostało do dziś. Prezentowana przez zespół muzyka nie kojarzy się z ariami operowymi tak jak w przypadku Within Temptation i Nightwish. Powiedziałabym wręcz, że romansuje w jakiś pokrętny sposób z nu metalem. 

Lacuna Coil

wczoraj i dziś

Przez lata obserwowałam twórczość zespołu w mniejszym lub większym stopniu. Z przykrością muszę stwierdzić, że nigdy nie powtórzył już sukcesu „Comalies”. Kolejne płyty były w bardzo podobnym stylu. Bardzo dobrze wypadł kolejny album „Karmacode”, prawdopodobnie za sprawą znakomitego coveru „Enjoy the Silence” Depeche Mode. 

Następne wydawnictwa to dla mnie takie trochę odgrzewane kotlety. Na każdym była jakaś fajna kompozycja, ale to nie wystarczyło, aby poruszyć bardziej moje wnętrze. Lacuna Coil zazwyczaj intrygowała mnie jakimś singlem, żeby potem zawieść resztą płyty.

Tak na przykład było w przypadku „Trip the Darkness” z „Dark Adrenaline”. Cristina Scabbia (wokalistka Lacuna Coil) pozwoliła sobie w tym utworze na wyższe niż zwykle partie wokalne. Niestety to było tyle, jeśli chodzi o wprowadzenie jakichkolwiek innowacji.

Po kliku latach przynętę zarzucił Andrea Ferro, czyli drugi głos Lacuny Coil. Tym razem na singlu „House of Shame”, zaprezentowano nową ciężkość. Wokalista zmienił styl śpiewania na głośniejszy. Dosłownie i w przenośni. Pomyślałam sobie wtedy, że dostaniemy nową, odświeżoną wersję zespołu, w której wokalista nie będzie tylko chórkiem. Niestety „Delirium” znowu okazało się tylko niezłą płytą. Nie dałam się złapać.

Totalnym strzałem w kolano dla zespołu było wydanie „Comalies” w nowej wersji z okazji 20-lecia płyty. Ja w ogóle uważam, że takie pomysły są od razu skazane na porażkę. Po co próbować naprawiać coś, co jest znakomite? 

Lacuna Coil to znakomity zespół z wyrobioną marką i własnym stylem. Ma w swojej kolekcji kilkanaście świetnych kawałków, jeden album wybitny („Comalies”) i jeden bardzo dobry („Karmacode”). Zespół składa się ze znakomitych muzyków i 2 wokalistów na światowym poziomie. Artyści ewidentnie mają jakiś pomysł, ale od 30 lat nie wymyślili jak go porządnie wykorzystać. Historia z poprzednich lat powtarza się bowiem na najnowszej płycie „Sleepless Empire”.

„Sleepless Empire”

„Sleepless Empire” to już 10 płyta w karierze Lacuna Coil. Podobnie jak przypadku poprzednich wydawnictw skusił mnie singiel. Tym razem przytrafił się „Hosting the Shadow”, w którym gościnnie wystąpił Randy Blythe, wokalista Lamb of God.

Co ciekawe wokal Andrei Ferro na tym albumie brzmi dokładnie tak samo (jeśli nie lepiej), więc nie do końca rozumiem ten zabieg. Podobnie mam z też z „In The Mean Time”, gdzie zaśpiewała Ash Costello, a jej kilkunastosekundowa partia nic nie wnosi. 

Młoda kobieta trzyma w ręce płytę zespołu Lacuna Coil Sleepless Empire. Nie widać jej twarzy. Zasłania ją płyta winylowa.
Lacuna Coil „Sleepless Empire”
okładka płyty
Roberto Toderico – artwork, layout

Początek „Hosting the Shadow” przypomina mi bardzo „Our Truth” z płyty „Karmacode”. Chyba właśnie tym Lacuna Coil zachęciła mnie do zapoznania się z „Sleepless Empire”. Takich nawiązań do poprzednich płyt znajdziemy sporo. Klasztorne chóry w tle, charakterystyczne syntezatory, czy przejścia z szybkich momentów w wolniejsze.

Jeśli chodzi o szybkie momenty, to cała płyta jest głośna i wręcz pędzi. Słuchając jej, mam wrażenie, że biegnę w maratonie, a biegać nie lubię. Jest kilka momentów, w których można odpocząć, ale jest to za mało, żeby nie dostać zadyszki. 

Największym atutem „Sleepless Empire” są znakomite wokale. Cristina Scabbia i Andrea Ferro wypadają chyba najlepiej w całej swojej w karierze. Jestem bardzo ciekawa czy tę znakomitą formę prezentują również na żywo. 

Utwór, który wyjątkowo nieprzyjemne wdarł mi się do głowy to „I Wish You Were Dead”. Zdecydowanie najgorszy punkt programu, chociaż jest w nim piękny smaczek w postaci przejścia z refrenu w zwrotkę. Brawo Cristina. Poza tym kawałek ma niecałe 3 minuty, a wyjątkowo na płycie broi. Od kilku dni nucę go pod nosem, chociaż wcale nie chcę. 

W „In Nomine Patris” mamy miłą niespodziankę w postaci solówki gitarowej. Niestety możemy ją w tym pędzie przeoczyć i zorientować się, dopiero gdy na końcu kompozycji usłyszymy wspomniane wcześniej klasztorne chóry. Te jednak szybko przechodzą w tytułowe „Sleepless Empire”, w którym dzieje się tak dużo, że można zapomnieć o poprzedniku. 

Maraton kończy się bardzo zgrabnym utworem „Never Dawn”, który moim zdaniem równie dobrze pasowałby na początku płyty. Po pierwszym odsłuchu średnio mi się ta kompozycja podobała, ale zmieniłam zdanie po kilku przesłuchaniach. Może dlatego, że utwór ma znakomite intro i pauzę, w której możemy wziąć jeden mały oddech. Te zabiegi tworzą też niepokój, który w tym wypadku jest przyjemny.

Antyterapia na bezsenność

„Sleepless Empire” to płyta bardzo szybka i pełna głośnych dźwięków. Nie polecam przed snem. Świetnie się za to sprawdza w pracy. Szczególnie jeśli gonią Cię terminy. Uważam, że tytuł bardzo dobrze oddaje zawartość tego krążka. Zawartość krążka za to bardzo dobrze oddaje mój obecny styl życia. Cały czas czuję, że gdzieś pędzę i nie mam na nic czasu. Efekt? Bezsenne noce.

Mam dziwne przeczucie, że Lacuna Coil mogłaby ukoić moje nerwy, nawet tym albumem. Wystarczyłby tylko dodać jeden spokojny utwór. Bardzo brakuje mi tutaj takiej kompozycji jak „The Ghost Woman And The Hunter”, „Wide Awake”, lub chociaż „End of Time”. Z drugiej strony, wydaje mi się, że zespół zafundował materiał, który znakomicie sprawdzi się na żywo. Będzie okazja, żeby to sprawdzić. Lacuna Coil zagra we Wrocławiu 31 października 2025 roku.

Gdyby Lacuna Coli nagrała „Sleepless Empire” na początku swojej kariery, pewnie powiedziałabym, że to kawał dobrej, nowoczesnej muzyki. Niestety znając możliwości artystów, wiem, że mogliby zrobić to dużo lepiej. Pocieszające jest to, że w porównaniu do pewnych zespołów (które wymieniłam, chociażby na początku artykułu), zachowali swój charakterystyczny styl.


Zaobserwuj mnie na FacebookuInstagramie. Będziesz na bieżąco z nowościami. Chcesz poznać mnie jeszcze bliżej? Zapisz się do Newslettera. A jeśli chcesz mnie zmobilizować do pisania jeszcze większej ilości artykułów, możesz postawić mi kawkę.

Dzięki, że jesteś!

Magdalena 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *